Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bohater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bohater. Pokaż wszystkie posty

2 wrz 2015

Couchsurfing, czyli czego się możesz dowiedzieć o własnym kraju.

Tak długo mi to zajęło, bo powiedzmy, że zbierałam materiały...

Przyszpanowałam z tym "couchsurfingiem", co nie? No, się zna języki...ale że blog polski, to wyjaśnię. Otóż "couchsurfera" tłumaczy się dosłownie jako "osobę w podróży, charakteryzującą się nieprzeciętną odwagą, chyba że wypowiadają się Mamy, to wtedy raczej głupotą". Przekonanie to wzięło się z tego, że couchsurfer noce spędza z osobami znalezionymi na portalu internetowym - tak zwanymi hostami, tudzież gospodarzami. Na ich terenie, ich warunkach i z ich ukrytymi szaleństwami. A szaleństwa są różne. Dla niektórych jest to ubieranie spodni bez trzymanki, dla innych chodzenie po domu nago, wieszanie skarpetek na suszarce nie do pary ( to już przegięcie...) czy też okradanie podróżujących z drogocennych pamiątek, jakimi mogą być bursztynki, bursztynki, co znaleźli je na plaży. Ale taki gospodarz jest też równie odważny, co Mamy myślą, że głupi. Bo to, że couchsurfer chce z nimi spać to jeszcze nic. To gospodarze są tymi, co się na to GODZĄ! A couchsurferzy też mogą być dziwni. Mogą nie umieć gotować lub, co gorsza, myć garów. Musisz ich zostawiać samych w domu, jeśli nocują więcej niż noc. I co - zaufasz? Zaufasz Niemcowi?! A! No bo narodowości są różne. Jak mieszkasz w Nowej Zelandii, gdzie przyjechać chcą raczej no...wszyscy raczej, to masz szansę na poznanie każdej kultury wszystkich kul ziemskich. I niby cały precedens odbywa się za darmo, ale spodziewasz się, że korzyści jakie można z tego wynieść będą bezcenne - wymiana poglądów, poznawanie ciekawych ludzi i ich kultur, szlifowanie języka, radość i szczęście. Po jakimś czasie myślisz, że świat nie ma przed Tobą żadnych tajemnic. Każdy zakątek świata jest Ci znany, wiesz wszystko o obyczajach i tradycjach z różnych stron globu. Ale czy tak jest na prawdę? Właśnie, że nie e! Bo myślisz, że tyyyyle już znasz tradycji, że chcesz napisać o tym posta na blogu, aż w końcu trafi Ci się taki couchsurfer, co myśli, że wie tyle, ile Ty myślisz, że wiesz. I on Ci teraz opowie o POLSCE! Ale jak on Ci opowie, to Ty się nawet nie spodziewasz! I teraz uwaga, bo idzie historia na faktach. Autentycznych. Otóż zgodnie z jego wiedzą w Polsce tradycją jest, by to mężczyzna z miłością w oczach usługiwał swojej kobiecie dzień i noc. By prowadził dom, jednocześnie wciąż się kształcąc, żeby się nie musiała za niego wstydzić, ale i oczywiście samodzielnie zarabiając na utrzymanie swojej słodkiej księżniczki, co to nic nie robi tylko leży i pachnie. Tudzież śmierdzi, bo jak nic nie robi i to pewnie się też nie myje. Taka prawda o Polsce została zaprezentowana Brazylijczykowi przez Polkę, mieszkającą ze swoim Polakiem-niewolnikiem w Australii. Następuje pytanie - Łodefak!? Znam tradycje świata, a nie znam polskiej!? Ja nie znam?! Znaczy się no wiem, że jakieś tam emancypatki-szalone-feministki, co to jeśli mają swoich partnerów to prowadzą ich na smyczy istnieją, ale nie traktowałam tego zjawiska jako tradycji. Zastanawiałam się raczej czy ta kobieta jest w tej sytuacji bardziej suką, czy ten facet bardziej dupą wołową. Ale że u nas to tak zawsze i wszędzie? Zresztą, jestę socjologię to przecież wię - to dominacja mężczyzn nad kobietami była/jest/będzie wręcz problemem społecznym, czyż nie? (mężczyźni proszeni są o odpowiadanie sobie na to pytanie). Powiedzmy, że jest po prostu różnie. Kwadratowo i podłużnie. A zatem kobieto, puchu MARNY! Od siedmiu boleści ambasadorko polskich obyczajów, oświeć mnie, co Ci się stało z głową? Upadłaś na jeszcze polski, czy już australijski beton? Rób sobie ze swoim chłopem na co Ci pozwoli, ale nie obrażaj ich wszystkich. Polak nie może być babą w oczach innych facetów świata bardziej niż prawdziwa baba! Nie, żebym chciała być bitą kurą domową, co to to nie! Ale chodzi o to, że taki Brazylijczyjk potem jedzie do domu i opowiada kolegom, że Polki to zimne i wyrafinowane dupne królewny, a Polak to ciul i się daje im wykorzystywać, i tak już z dziada pradziada. Tosz to nie o taką Polskę walczyliśmy! Znaczy się oni walczyli. Owszem, Brazylijczyk też zje...zawalił, bo szybko wszystko łyknął, jak młody rekin, ale na szczęście udało się go szybko wyprowadzić z błędu ( "Dziewczyno, przynieś mi telefon z góry!" "Już pędzę, Chłopaku!") i teraz pewnie opowiada kolegom, że w Polsce kwitnie równouprawnienie, kobiety dostają dziennie kwiaty, a mężczyźni lody czy inny deser. Ale po takim spotkaniu, po takiej rzekomej prawdzie, której się dowiadujesz o swoim kraju, nie znasz niczego. Wszystko co opowiadało 70 innych couchsurferów mogło być zbieraniną ich poglądów, a nie ich tradycji. Ich charakterów, a nie kultury. Cała zbieranina wiedzy na marne. Chyba trzeba będzie jednak jeździć po tym świecie...no najgorzej. Bo couchsurferowe poznawanie kultur przez pryzmat jednej czy trzech osób nie działa. Zakazać niektórym się w ogóle udzielać! Fajnie, niech couchsurferzy przyjeżdżają, zawsze jakaś atrakcja, emocje. Może a nóż widelec lubią pobiegać nago po mieszkaniu. Ale Polka z Australii otrzymuje ode mnie karnego kutasa i z liścia w twarz za wciskanie kitu lub tylko ocenianie całego otoczenia z perspektywy samej siebie. Otwórz oczy szerzej...Krowa! Znaczy się...kropka.

14 mar 2014

Podsumowanie.Roku.vol.3.Wreszcie

Mobilizejszyn nadejszła.

Październik

Jako że już marzec następnego roku, muszę się mocno wysilić, by coś sensownego z październikowych otchłani mojego mózgu wyciągnąć. Albo go zatem przepiłam (październik, nie mózg), albo skoczyłam do wody na główkę i wszystko zapomniałam. Skakać do wody na główkę nie nauczyłam się nigdy dotąd, więc śmiem twierdzić, że to nie ten wariant. Pierwszy nie przypadł mi do gustu, więc nawet jeśli tak było, to i tak oficjalnie muszę zwalić winę, dla potomnych, na coś innego. Stres przed listopadem i wyprawą na Filipiny. Tak! To na pewno to! Pamiętam, że w trakcie zaznajamiania się z tym, co może mnie spotkać, odnosiłam wrażenie, że moja wrodzona zdolność racjonalnego myślenia ewidentnie się popsuła. Odeszła na zawsze...<minuta ciszy>. Otóż między innymi czekało nas w moich wizjach przede wszystkim rozbicie samolotu. I to najpewniej najpierw by go porwano, potem zacząłby się palić, a następnie traciłby wysokość, aż ostatecznie opadłby na dno oceanu. Jeżeli cudem byśmy ocaleli ( a na pewno byśmy wpadli do wody na główkę i wszystko zapomnieli), prędzej czy później dopadła by nas malaria. Gorączka, wymioty, biegunki, wypadanie włosów, dreszcze...Jednak choroba wyszłaby na jaw dopiero po porwaniu nas dla okupu, bo mafia filipińska myślałaby, że jesteśmy bogaci. Tyle że oni by nie wiedzieli, że w samolocie nas już zdążyli z wszystkiego okraść. Jakby się dowiedzili, że nic nie mamy poza rozwijającą się w szalonym tempie malarią, to by nas wypuścili. Nie moglibyśmy jednak wylecieć z Filipin, bo w samolocie ukradli nam przecież i paszporty, więc przypominając sobie co my właściwie tu robimy( no bo skok na główkę...), zginęlibyśmy pod gruzami jakiegoś budynku z kartonu w wyniku najsilniejszego od wieków trzęsienia ziemi. Co mną kierowało, by jednak polecieć? Najwyraźniej uznałam, że przyda się pozostałym wyprawowiczom ktoś z proszkiem do prania w płynie.

Listopad

Jasna sprawa, nie zginęliśmy. Mój gaz łzawiący, który miałam wszędzie nosić, a nawet planowałam czasem z nim spać, leżał cały miesiąc na dnie plecaka niedotknięty. W samolocie moglibyśmy umrzeć jedynie z przejedzenia, bo catering mieli tak bogaty, że zastanawiałam się, czy nie zabrać na wynos. W gazecie arabskiej, o którą z Ola poprosiłyśmy bo co?! Bo z Europy i już arabskiego nie znamy?! Żaden Times, dawać nam tu robaczki! Pooglądałyśmy obrazki, no i mogłyśmy pakować jedzenie...Oczywiście nie wzięłyśmy - wpakowałyśmy je w siebie na siłę, bo brakłoby miejsca w plecaku na ładny kocyk w kratkę! Aha. Pragnę zaznaczyć, iż przelot tych zaledwie -naście tysięcy kilometrów, był moim pierwszym w życiu. Start i lądowanie okazały się nie być najprzyjemniejszymi momentami podróży, ale dla widoków z okna ( i jedzenia ofkors) mogłabym duuuuuuuuuuurś startowac i lądować, startować i lądować...

Lecieliśmy samolotem kilka razy, bez większych tragedii. Nawet szkoda, bo siedziałam raz przy wyjściu ewakuacyjnym i odczuwałam silną potrzebę wykazania się w razie katastrofy...jak podróż może człowieka odmienić...no ale niestety, jak na złość, żaden silnik się nie urwał. Nieszczęśliwy los miał jednak szansę się do mnie uśmiechnąć, bo nic tak wyprawy nie upiększy, jak tajfun w historii największy! Tyle że niewiele z nim mieliśmy do czynienia, bo nie dotarł do miejsc, w których w tym czasie przebywaliśmy <klops> Ale nie powiem, o śmierć się ocieraliśmy! I to dosłownie, bo zwiedzaliśmy jaskinię w Sagadzie, u wejścia do której chowano dawniej zmarłych. Zrobiliśmy sobie nawet sweet focie z trumnami, z czego właściwie jak na nie patrzę, to nie wiem czy się cieszyć. Niezbyt korzystnie wyszłam. Jakoś blado.

Całe życie przed oczami przelatywało mi w naziemnych filipińskich środkach transportu. Tamtejsi kierowcy, daję głowę, uczęszczają na kursy bycia obojętnym na wszelkie niebezpieczeństwa na drodze. Czerwone światło służyło jedynie ubarwieniu dróg, każdy chyba MUSI tam trąbić, titać, hałasować. Ludzie na drodze? - nieważne. Przepaść we mgle, a droga wąska na szerokość mojego przedpokoju - nieważne! Jak zginąć to razem! Na szczęście nie było nawet czasu, by zastanawiać czy faktycznie jestem w stanie zgodzić się na to poświęcenie dla grupy...Tyle do obejrzenia! Tu widok, tam widok, tu ludzie, tam ludzie <wiem, brzmi jak wszędzie>. A że szybko tam TRZEBA jeździć, wszystko wyłapałam wzrokiem, ale kosztem zdrowych oczu i teraz mi latajOM jak zepsutej lalce.

Jak zepsuta czułam się zresztą na Filipinach też! Bo jak można...kto chodzi z katarem po mieście przy niezmiennej temperaturze 30 stopni Celsjusza...? Katarem? ba! Z olbrzymią powodzią smarków!! A potem i kaszlem, bo nosem oddychać nie można, to se człowiek jamę ustną suszy jak z jęzorem wywalonym biega od apteki do apteki. Z tego wszystkiego potem i gorączka przychodzi i już już...i byłaby malaria. Na szczęście świadomość, że Chłopak posiada silne przeciw niej leki, pomogła mi dość szybko i także tym razem wywinęłam się śmierci....

W tym miejscu sama siebie powstrzymuję się przed pisaniem więcej i więcej...bo śmierć niechybnie spotkałaby mnie przed komputerem, od którego nie umiałabym się oderwać, albo w końcu brakło by miejsca na moje wywody w Internetach. Także szybki wniosek - oby groźba takiej śmierci, jakiej się wiecznie obawiałam, wisiała nade mną częściej. Adrenalina, pokonywanie granic, szukanie rozwiązań, płukanie zębów Spritem, podróżnicze kłótnie - jestę spakowana, siedzę i czekam <zerka niecierpliwie na zegarek>. 

Tymczasem, jak wiemy został mi jeszcze

GRUDZIEŃ

Pominę fakt, że największym minusem wyprawy, było jej zakończenie i to, że leciałyśmy do Polski z Olą same, a Kudłaty i Chłopak zostali, by lecieć jeszcze dalej...a przecież oni mieli ze sobą GOPRO i nasze zdjęcia, filmiki... wspomnienia! <głęboki szloch>. I jeszcze małe małpki tarsierki mieli zobaczyć<jeszcze głębszy szloch>. No i takie tam jeszcze szlochy, bo niewiadomo kiedy znowu całowanie i takie inne, o których nie będę pisać, bo się wstydzę, a zresztą intymności i uczuć bronić przed mediami będę zawsze! Paparazzi - no foto, plis...

Jest jednak taki bohater grudnia, o którym wspomnieć tu muszę. Nie potrafi jeszcze czytać, więc kurcze, nie będzie mógł mi podziękować za umieszczenie go w zaszczytnym, puetnującym miesiącu, ale nadejdzie ten dzień! Moim bohaterem miesiąca jest Dominik. Mały, dzielny, silny, uśmiechnięty i wytrwalszy od niejednego dorosłego. Przydzielam mu grudzień, gdyż wtedy miałam okazję zobaczyć, jak w końcu, po wielu przejściach, śmiesznie przebiera nóżkami między krzesłami, stołem, a tłumem dorosłych. Jak biega od Mamy do Taty, a ten widok dawał im tyle radości, że widząc ich miny, chciałabym, żeby Dominik nie przestawał biegać, dopóki by nie zemdlał ze zmęczenia <3 Poruszył mnie bardzo, nie będę ściemniać. I nie dlatego, że jak biegał, to nie wyhamował i we mnie wpakował. Po prostu dlatego, że jest silnym chłopczykiem. A Iwona i Paweł są silnymi rodzicami. W moich oczach cała trójka zasługuje na jakieś wyróżnienie, a jedno co mogę najmilszego zrobić, to wspomnieć o nich z miłością na moim skromnym blogu, by te kilka osób, co tu zagląda wiedziało, że czeba być twardym, a nie miętkim!

I idę sobie teraz szlochać ze wzruszenia, bom w końcu twarda jak skała.

11 sty 2014

Podsumowanie.Roku.vol.2

Przejdźmy od razu do rzeczy, bo się doczekać nie mogę

Lipiec

Czyli, że Fabian <fanfary!> Pojawił się z tak zwanego nienacka i se został. Znaczy się Magda go przyprowadziła i się uszczęśliwiają, i przy okazji mnie jest dane rzygać serduszkami dzięki nim. Był, rzecz jasna, sprawdzany na początku z każdej strony, obserwowany z Magdą, bez Magdy i dla Magdy. Chciałam poruszyć swoje kontakty i wynająć także profesjonalną brygadę szpiegów, działających zwykle na potrzeby państwa, ale zapomniałam, że nie mam takich kontaktów, dlatego potrząsnęłam sobie listą kontaktów w telefonie i musiało wystarczyć. Wystarczyło! Szybko został okrzyknięty Brianem na jednej z imprez. Wyszło przy okazji, że niektórym z nas jest łatwiej mówić po angielsku niż w języku ojczystym, ale przynajmniej z zachowaniem polskiej dostojnej gościnności - "Kajes Brłajan Miszeeel?...czea sie sim napiś ofkorseenn..łersma..yyy...jdrinmadaFAKA!". Dodatkowo, by pokazać nasze do Briana pozytywne nastawienie, wyremontowaliśmy mu pokój, chwalimy jego tatuaże, lubimy jego kota, godzimy się na udostępnianie naszych zdjęć na Fb z każdego wspólnego wyjścia i nabijamy się z niego na równi z innymi. A piszę o nim głównie dlatego, że bardzo lubi Magdę i za to skoczę za nim w ogień.

Sierpień

Orewułar Druid, tym razem forewer forszur. Znając każdy jego zakamarek, znając gości i ich upodobania na pamięć, wiedząc o jego największych tajemnicach i najwspanialszych stronach, w końcu odeszłam. Pech chciał, by  moja impreza pożegnalna zbiegła się moją imprezą urodzinową, a że lato i ciepło i dużo ludzi, to zdaje się, około milion osób widziało me krokodyle łzy wylewane na kafelki przed tyle razy otwieranymi do knajpy drzwiami w momencie ostatecznego pożegnania. Moje przywiązanie i oddanie temu miejscu jest rozsądnie rzecz biorąc i krótko mówiąc niewytłumaczalne. "Przepraszam, Pani tu mieszka?" pytali....myślałam "A co? Nie można?!". Zaprawdę powiadam Wam, nie można! Reklamę Druidowi zawsze będę robić( idźcie i jedzcie stamtąd wszyscy! ), a i sama zawsze odwiedzać będę, jednak pracować już nie umiałam. Nowe wyzwania mnie wołały, posłuchałam i poszłam.

Wrześnień

I oto nadejszło nowe wyzwanie. Uuuu! tyle roboty, tyle nauki, tyle szczęścia, tyle wygrać! Jestę menadżerę z prawdziwego zdarzenia w szanującej się katowickiej restauracji i entuzjazmu też tyle, że gdybym go sprzedawała, to bym mogła nawet sushi sobie kupić. I co? I dzisiaj bym chętnie trochę entuzjazmu odkupiła. Albo po prostu kupię broń. Mam czasem do czynienia z ludźmi, którzy myślałam, że tacy się nie rodzą. Szukam ukrytych kamer, bo sytuacja jest tak absurdalna, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. Niestety, ludzie nie pozwalają mi mieć o nich dobrego zdania. Nie spadłam z Księżyca, wiem że świat jest brutalny. Ale tak często i z tak nieprawdopodobnie głupimi pomysłami nie spotkałam się jeszcze nigdy. Bez owijania w bawełnę, z czystą satysfakcją będę ich tu teraz zrównywać z błotem, ooo tak! W pracy muszę być spokojna, nie okazuję im ani krzty zniecierpliwienia, niech się denerwują, że mnie nie zdenerwują. haha! Ale w środku się we mnie gotuje! Gnoooojeeeee gupie!! Ludzie są złośliwi, wredni i na prawdę głupsi niż ustawa przewiduje! Są złodziejami kradnącymi nam przed twarzą! Są okropni! Nie znoszę ich! Kombinują jak by tu zrobić komuś na złość, jak zjeść i nie zapłacić, jak obrazić wszystkich dookoła i zepsuć co tylko mają pod ręką. Tęsknota za rozumiem im z oczu patrzy, ale wchodzą i wrzeszczą od drzwi, że nie mają czasu i że "szybko żarcie, szybko piwo, szybko bo nie zapłacę ty głupia kelnerko i głupi barmanie i głupia menadżerko i wszyscy głupi!". W między czasie rozpylą w męskiej toalecie gaz pieprzowy albo złamią krzesło, w najlepszym wypadku tylko menu ukradną. Potem zjedzą całe jedzenie i wypiją całe napoje, ale zorientują się przed płaceniem, że im nie smakowało i że chcą rabat albo wcale nie zapłacą, a tak poza tym to ich okradliśmy. " Pani Michalino! Tylko ja jestem najmądrzejszy! Tylko ja jestem najpiękniejszy!". I tylko Ty tak myślisz, dupku! Nie generalizuję, spotykam ludzi dobrych. Miłych gości. Nie mówię, że nie popełniamy błędów, absolutnie nie będę nieprzejednana i nie będę ślepo się stawiać, że zawsze jesteśmy najlepsi i że właściwie nie rozumiem dlaczego nie dostaliśmy jeszcze gwiazdki Michelin. Ale, na najlepsze rolady jakie jadłam, czyli rolady Mojej Mamy! - niech już tak złośliwie nie będzie! Nie żebym wołała tutaj o pomstę do nieba...chociaż może trochę, bo bosze...widzisz i nie grzmisz? Musiałam dać tu upust moim emocjom, bo przecież to jest niezdrowe takie trzymanie w sobie. Nie będą tacy ludzie zmieniać mojego nastawienia do innych, ale nie rozumiem, nie akceptuję, ręce opadają. Cóż to za świat? niech ginie!

C.d.n., bom się uniosła. Wychodzę!


13 cze 2013

post.kojarzony.z.Gitarą.

Wszystko kojarzy mi się z Jednym.

Zwłaszcza teraz, gdy już od miesiąca szkolę się z cierpliwości. A im dłużej ta szkoła trwa, tym bardziej okazuje się, że jestem daremną uczennicą. Stopnie to mogę liczyć chyba jedynie w celcjuszach, bo mam coraz większą gorączkę i na niczym skupić się nie umiem. Otóż ledwo co się obudzę już mi się zaczyna kojarzyć. Idę na spacer z kotem - Gitara nie lubi kotów. Jadę do pracy - w pracy mogę zjeść pizzę. Na przykład z chilli. Gitara lubi chilli. Idę na zakupy - wydaje pieniądze. Gitara lubi pieniądze. Włączam YouTube - muzyka za głośno - Tata mówi, żebym ściszyła - zakładam białe słuchawki - Gitarze zepsuły się w Szwecji słuchawki, tylko że czarne...I tak w kółko! No i nic złego by w tym nie było, gdyby nie to, że za każdym razem mam ochotę się z Nim skontaktować. Zdrowy rozsądek i Mama podpowiadają mi, że mogę Mu tym przeszkadzać w pracy czy coś...i muszę się powstrzymywać. Stąd ta gorączka.

Ukojenia szukałam na przykład w Krakowie. Miał być babski wypad z zamiarem alkoholowego sponiewierania się (słyszałam, że ten często stosowany zabieg oczyszcza umysł i ciało), a skończyłoby się tragicznie. Decydując się na półgodzinny rejs po Wiśle za 10 zł żadna z nas nie sądziła, że może być on naszym ostatnim, na dodatek jeszcze przed sponiewieraniem się! 15 minut rejsu za nami i za jedną z większych atrakcji można uznać fakt, iż w podobnie zawrotnym tempie 12 km/h minęła nas ciut większa łódka z prawdopodobnie Niemcami. No super relaks. Obecność Niemców odkrywam po usłyszeniu gorliwego "ja!ja!ja!". Niewykluczone jednak, że krzyczącym był odważny Polak. Kapitan pewnie zapytał z nudów, czy ktoś chce poprowadzić, bo jemu się nie chce i ten się tak wyrwał...i rozgryzając tę niedającą mi spokoju zagadkę, tempo fal mózgowych dostosowało mi się do tempa fal wodnych. Coraz wolniejszych, jednostajnych i otumaniających. Tak! Nie myślałam...Udało się, gorączka jakby trochę zmalała, mózg wyłączył...I gdy już totalnie tępym wzrokiem dostrzegłam spanikowanego kapitana naszej łajby i wytarłam ściekającą z brody ślinę, sytuacja okazała się zbyt poważna, by nie zacząć krzyczeć z kapitanem! "Halo, pomocy...POMOCY!!". Nie wiedziałam jeszcze co się stało, ale się bałam na wszelki wypadek. "Pękła linka, nie mam sterowania!" Nagle dotarł do mnie tragizm sytuacji...Wszyscy zginiemy! Bez prowiantu, na środku rwącej rzeki, z jednym wiosłem. To koniec... " Tylko nie teraz...nie teraz...Obym nie zginęła! Skakać do wody, czy nie skakać?! Jeszcze mnie Łukasz nie widział w takiej fryzurze! I czy przekazałam Mu, że w razie czego chcę, by mnie spalono..?! Zresztą po co Mu ta wiedza, jak i tak tu utonęęęę!".  Ze strachu zapomniałam, że nie znam alfabetu Morse'a i w biały dzień próbowałam telefonem dawać znaki świetlne chińskim turystom stojącym na brzegu rzeki. Nie zczaili mojego przekazu - zrobili mi zdjęcie -.- NO NIE! A takie niekorzystne światło...zerkam na wszelki wypadek kątem oka czy inni pasażerowie też mogli wyjść nie-za-bardzo i co widzę!? Wszyscy się śmieją, radość płynie z oczu każdego pasażera, NIE WIERZĘ!. "Taki spokój, a ja już Łukasza przed śmiercią nie zobaczę?!". Rozglądam się nerwowo w poszukiwaniu choćby jednej łkającej osoby i oczyma przygotowanymi na potok łez, które z pewnością zalałyby całe dno łodzi, bo NIKT nie podzielał moich obaw, dostrzegam wybawców. Łódka "Zbyszek" stanęła na wysokości zadania. Uratowano nas. Ciężka akcja ratunkowa trwała 95 sekund. Odholowano nas do brzegu dopiero po kolejnych 40 minutach rejsu w ramach rekompensaty...trochę za długo, tam i z powrotem, tam i z powrotem...Ale! Zaoszczędzone jakieś 30 zł. Jestem do przodu. Zawsze to jakieś pieniądze, a co ? A Gitara lubi pieniądze.!

<3


31 sty 2013

Wyznania.Ochroniarza.

Twardziel twardzielem - wygadać się musi każdy. Zwłaszcza w poniedziałek albo czwartek. Otóż znany mi Ochroniarz prawie 25 lat temu za punkt honoru wyznaczył sobie, by mnie strzec przed wszystkimi nieszczęściami podłego świata, za co zdarza się, że otrzyma czasem śniadanie. No ale też normalnie, za regularne pieniądze, pracuje jako ochroniarz w sieci sklepów, której nazwy nie mogę podać (pierwsza 'L", ostatnia też "L", 4 litery z czego tylko jedna jest samogłoską, żółto-niebieskie logo, od niedawna kampanii reklamowej towarzyszą dwaj znani kucharze, ale oni nie gotują, tylko gonią kury i jeżdżą na (jednym!) rowerze). No i w tym Lidlu, właśnie co nieszczęsny poniedziałek i nieszczęśniejszy czwartek są sprzedawane artykuły promocyjne - niecodziennego asortymentu, szczególne można by rzec. Na tyle wyjątkowe, że wywołują wśród zakupowiczów falę niekontrolowanych zachowań. "Najgorsze, córka, jest to, że nie widzę złodziei - a bliżej podejść nie mogę, bo mnie stratują...serio." Na początku nie dowierzał własnym oczom, dziś nauczony doświadczeniem uznaje, że nie ma co - trzeba przeczekać najcięższe. Dlatego staje z daleka i obserwuje. I oto z Jego obserwacji wynika, że prawdopodobnie za cenę 11.99 w poniedziałek jest sprzedawana kura, która znosi złote jajka z prędkością niemalże światła i na dodatek sama gra nimi na giełdzie, a wygraną z radością przekazuje zachwyconemu właścicielowi. Przez długi czas nijak jednak sprawdzić tychże przypuszczań Ochroniarz nie jest w stanie z racji tłumu, przez który ciężko się przecisnąć. Klienci bowiem stoją przy promocyjnych koszykach, za koszykami, pod koszykami, na koszykach i w koszykach. Jakby mogli, to by bez patrzenia na to co w nich jest ładowali wszystko do toreb, plecaków, kieszeni, saszetek, do buta - wszędzie tam, gdzie drugi klient już nie znajdzie! Bo to! JEST!...WOJNAAAA!!

Sklep jest otwierany o 8.00. Jednak ślady wydeptane z niecierpliwości w kostce brukowej przed marketem świadczą o tym, że kolejka ustawiała się od około 6.00. Ochroniarz widzi tłum z daleka, gdy powoli dociera do miejsca pracy i już wie, co nastąpi. Nie traci jednak dobrego humoru i wchodzi dziarsko do sklepu tylnym wyjściem. Zadowolony z tej jakże zuchwałej intrygi przechytrzenia klientów rusza na miejsce pracy. Zmierza w kierunku przeszklonego głównego wejścia, by dokonać otwarcia sklepu. Dwa razy złośliwie udaje, że czegoś zapomniał, dwa razy się wraca i dwa razy On i cała jego rodzina, czyli znaczy się ja też (!) zostajemy obrzucenia soczystymi i wyszukanymi obelgami. W końcu dręczenie rozwścieczonego stada mu się nudzi i wpuszcza zwierzynę na pole bitwy. 

O godzinie 8.20 po sklepie ani śladu. Rozniesione jest niemal wszystko...

Ochroniarz jednak należy do tych spostrzegawczych i w między czasie udało mu się zauważyć, jak po prawej stronie koszyków jedna z klientek rozszarpuje z pasją w oczach wszystkie opakowania białych męskich T-shirtów rozmiaru M. Wszystkie te same, identyczne i niczym się nie różniące otwiera po kolei. Za każdym razem - wyciąga je przed siebie, myśli, kręci głową i rezygnuje. A rezygnuje chyba tylko po to, by nie chować ich z powrotem do swoich opakowań, a jedynie rzucać w bliżej nieokreślone jej miejsce, którym po kilku dniach okazuje się dział z nabiałem. Natomiast po lewej stronie koszyków, w których dla odmiany znajdują się buty, idzie jakiś zakład o to, kto szybciej rozwiąże wszystkie poukładane pary i stworzy nowe - dwunumerowe. No bo na co komu para takich samych butów? Lepiej jeden 38 a drugi 41. Albo w ogóle tylko jeden but! To zresztą niehumanitarne tak je wszystkie związywać! Wolność dla adidasów! A kto nie uczestniczy w żadnych zawodach, ma okazję skorzystać z przyspieszonego kursu nurkowania. Zasady są proste - leżą w koszu zielone poszewki na poduszki, a Ty bierzesz głęboki wdech i nurkujesz do kosza po taką, która jest najgłębiej. Masz szczęście, jak przyszedłeś na zakupy z kimś - to Cię za nogi potrzyma. Jesteś sam - nie masz szans, bo kolejny uczestnik Cię w tym koszu zmiażdży, bo nie paczy czy tam pływasz, czy nie. Słabszy musi zostać bez superowej zielonej poszewki.

Po tych nieszczęsnych 20 minutach w koszach zostaje:
-jeden adidas w rozerwanym kartoniku po ukradzionej nocnej lampce za 16 złotych
-rozszarpana na trzy części damska tunika, na dodatek dwie części to rozmiar S, a trzecia-M
-kabel do głośniczków komputerowych - najwyraźniej ktoś woli im sie tylko przyglądać i kabel jest niepotrzebny zupełnie
-zapomniane 4-letnie dziecko płci żeńskiej
-zerwana w ferworze walki z sufitu tabliczka z informacją, że tutaj produkty są obniżone o 5 %

Cywilizacja. XXI wiek. KULTURA. No heloł. Jak jest 5 % obniżki, to niby ktoś ma o tym myśleć ?! Bitch please! Chyba tylko Ochroniarz.








15 lis 2012

Wcale.że.mi.nie.zależy!

Zrobię na przekór, napiszę już dziś, Łukaszu C ;)

Muszę! Bo tak się złożyło, że musiałam dzisiaj zmęczoną Magdę wyrzucić z auta na skrzyżowaniu pełnym samochodów. Spodziewam się, że w ramach niespowodowywania żadnej kolizji, Magda musiała się zdobyć na niemały wysiłek intelektualny. Niepotrzebny i niezapowiedziany. Z tego miejsca chciałabym ją za to serdecznie przeprosić.

Sory, Magda.

Koniec przeprosin. Bo nie należę do wrażliwych ludzi. Ani tym bardziej sentymentalnych. Właściwie mam zamiar być niemiła. Nic mnie nie obchodzi to, czy podobało jej się na kursie robienia babeczek i czy jej przepisy wylądowały w "Palce lizać". Że właściwie nie lubię się z nią widywać, bo nie nadążam za jej poczuciem humoru i w ogóle się nie rozumiemy. Drażni mnie to, że słucha dobrej muzyki, a potem i ja przez nią też. Po co pyta mnie o różne ważne rzeczy ? I pamięta o wszystkim ? Albo że mi robi małe niespodzianki...kubki, pudełka...i mój chłopak ją lubi. Ja się mam z tego wszystkiego cieszyć?! Przecież inni Kluby se z nią zakładają, na kawy jeżdżą, przepisami wymieniają, zdjęcia zabawnie przerobione jej posyłają, do wrocławiów zapraszają...a co ja z tego mam? Zaraz mi Magdę zabiorą...no serio, zabiorą...a potem na fejsbuku z kim będę rzygać serduszkami ? O nie - KONIEC TEGO!! NIE ZGADZAM SIĘ! Ktoś się mnie w ogóle zapytał o zdanie?! Przepraszam bardzo, ale ja nikomu na to nie pozwalałam...Magda! Przepraszam, że Cię dzisiaj nie odwiozłam! Nie gniewaj się! Dobra ? Będziesz się dalej ze mną kolegować? Plis.

30 kwi 2012

Monika.moim.gościem.

POST SPECJALNY,

Specjalny, bo z gościnnym udziałem: Monika tekst napisała, przedstawiła na zajęciach, wzruszyła nim i się z niego cieszyła, więc niech ma, że udostępniłam jej bloga! Niech cały świat ujrzy co ma do powiedzenia...no okej, przesadzam. Niech te kilka osób tu zaglądających dowie się o czym rozmawiamy na zajęciach ;)


Miłość? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Wiecie, takie uczucie? Najczęściej łączące dwoje ludzi, ale nie zawsze. Czasem trafi się ktoś trzeci. I bynajmniej nie jest on wyczekiwany, niczym niespodziewany gość na Wigilię! No i wtedy, gdy to "piąte koło u wozu" się pojawi, jak to mówi długowłosy blondyn w pewnej reklamie: "masz schody"!

Ciasto zwane przez poetów i niektórych zwykłych "zjadaczy chleba" (tych zakochanych) - miłością, składa się z wielu elementów, a proces jego przygotowania z kilku etapów!
I może o tych ów "etapach" na początek!

Etap numer jeden (mój ulubiony) - ZAUROCZENIE!
Kiedy to nagle Twój kolega z klasy, z grupy, z pracy staje się mega elokwentny. Przystojny już jest. Był. W końcu czymś przyciągnął naszą uwagę. I nawet jeśli powie coś totalnie głupiego, myślisz sobie - pewnie żartował. Otóż On wcale nie żartował, ani troszkę. Jeśli powiedział coś totalnie głupiego, to pewnie dlatego, że jest totalnie głupi, jak but z lewej nogi, ale w pierwszym etapie nie sposób nam tego dostrzec. Nasz wybranek jest ideałem. Nawet jeśli nie potrafi naprawić kranu, ugotować spaghetti, albo szybko jeździć na rowerze. Zauroczenie trwa!

Etap numer dwa - ZAKOCHANIE!
Niektórzy zbyt szybko przechodzą z etapu numer jeden do etapu numer dwa, później się rozczarowując, gdy zorientują się, że ta druga osoba spokojnie i niespiesznie została sobie w etapie numer jeden. Inni zaś, w ogóle do etapu drugiego nie dochodzą. Może to i lepiej dla nich. Tutaj obowiązuje tak zwany "okres promocji"! Zakupy z mamą, czy spacer z Nim? Spacer z Nim! Wyjazd do rodziny, czy randka z Nią? Randka z Nią! Nauka do egzaminu, czy seks z Nim? Tutaj może same sobie dziewczyny odpowiedzcie na to pytanie. To właśnie wtedy, jęczą zazdrosne o brak uwagi siostry. To właśnie wtedy dzwonią z pretensjami pijący bez Was piwo w barze kumple. Ale "okres promocji" trwa nadal!

Etap numer trzy - UCZUCIE!
Sama nie wiedziałam jak nazwać ten etap. I nie będę go specjalnie omawiać, bo po prostu nie ma czego.To miłość: najważniejsza rzecz na świecie, najpiękniejsze z uczuć, nie da się jej kupić za żadne pieniądze i najczęściej kończy się ślubem. Takie tam bzdety.

Etap numer cztery - PRZYWIĄZANIE!
To niby wtedy gaśnie uczucie i namiętność! I podobno trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść! Otóż guzik prawda! Jak patrzę na moich rodziców, którzy w zeszłą środę obchodzili 25. rocznicę ślubu, to myślę sobie, że ja chciałabym się tak do kogoś przywiązać! Znaleźć taką smycz! Jak już ją znajdziecie, nie puszczajcie. Luzujcie, przyciągajcie, ale nie wypuszczajcie z rąk!

I teraz, mamy już to ciasto, siedzimy sobie z przyjaciółką na kawie. Ta nam jęczy, że taka nieszczęśliwa jest, że nie może znaleźć miłości, skąd ja to znam. I pyta Nas: "jak Wy to robicie"?
Otóż ciasto miłości składa się z kilku elementów. Najważniejszym składnikiem jest podobno zaufanie. Nie wiem, tak mówią. Moja mama też tak mówi, a jak ona coś mówi, to podobno zawsze ma rację. Nie wiem, tata tak mówi. Zaufanie - jeśli się je straci, nie tak łatwo go odzyskać. Z zaufaniem nie jest jak z oponami do auta - letnie wymieniamy na zimowe, a zimowe na letnie i tak w kółko. Z zaufaniem, nie jest nawet tak jak z oponą rowerową, którą w razie awarii przystojny pan dopompuje Nam za darmo na stacji benzynowej. Akurat przystojnych, do-pompujących za darmo panów, w kwestii zaufania, bym raczej unikała. Kolejny składnik - wierność. Ale nie pamiętam co to jest, nie wiem, nieważne, może przejdźmy dalej. Wolność! O, to jest dopiero "temat rzeka"! Kiedy wyjście dziewczyny z koleżanką do klubu, jest jeszcze wolnością w związku, a wyjście jej chłopaka z kolegami na piwo, to już nadużycie tej wolności.

Podsumowując! Miłość? Czy coś takiego w ogóle istnieje?
Otóż istnieje! Miłość jest wszędzie, dookoła nas! I naprawdę jest najważniejsza i naprawdę jest najpiękniejszym uczuciem i naprawdę nie można jej kupić za żadne pieniądze! I fajnie jak kończy się ślubem! I tym, którzy tak jak ja na nią czekają - życzę gromu z jasnego nieba i motylków w brzuchu, a tym, którzy z tym gromem już nie jedną burzę przetrwali i nadal codziennie wychodzi dla nich słońce - cholernie zazdroszczę!

Miłość - serdecznie polecam - Monika Włodarczyk!