Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oburzona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oburzona. Pokaż wszystkie posty

2 wrz 2015

Couchsurfing, czyli czego się możesz dowiedzieć o własnym kraju.

Tak długo mi to zajęło, bo powiedzmy, że zbierałam materiały...

Przyszpanowałam z tym "couchsurfingiem", co nie? No, się zna języki...ale że blog polski, to wyjaśnię. Otóż "couchsurfera" tłumaczy się dosłownie jako "osobę w podróży, charakteryzującą się nieprzeciętną odwagą, chyba że wypowiadają się Mamy, to wtedy raczej głupotą". Przekonanie to wzięło się z tego, że couchsurfer noce spędza z osobami znalezionymi na portalu internetowym - tak zwanymi hostami, tudzież gospodarzami. Na ich terenie, ich warunkach i z ich ukrytymi szaleństwami. A szaleństwa są różne. Dla niektórych jest to ubieranie spodni bez trzymanki, dla innych chodzenie po domu nago, wieszanie skarpetek na suszarce nie do pary ( to już przegięcie...) czy też okradanie podróżujących z drogocennych pamiątek, jakimi mogą być bursztynki, bursztynki, co znaleźli je na plaży. Ale taki gospodarz jest też równie odważny, co Mamy myślą, że głupi. Bo to, że couchsurfer chce z nimi spać to jeszcze nic. To gospodarze są tymi, co się na to GODZĄ! A couchsurferzy też mogą być dziwni. Mogą nie umieć gotować lub, co gorsza, myć garów. Musisz ich zostawiać samych w domu, jeśli nocują więcej niż noc. I co - zaufasz? Zaufasz Niemcowi?! A! No bo narodowości są różne. Jak mieszkasz w Nowej Zelandii, gdzie przyjechać chcą raczej no...wszyscy raczej, to masz szansę na poznanie każdej kultury wszystkich kul ziemskich. I niby cały precedens odbywa się za darmo, ale spodziewasz się, że korzyści jakie można z tego wynieść będą bezcenne - wymiana poglądów, poznawanie ciekawych ludzi i ich kultur, szlifowanie języka, radość i szczęście. Po jakimś czasie myślisz, że świat nie ma przed Tobą żadnych tajemnic. Każdy zakątek świata jest Ci znany, wiesz wszystko o obyczajach i tradycjach z różnych stron globu. Ale czy tak jest na prawdę? Właśnie, że nie e! Bo myślisz, że tyyyyle już znasz tradycji, że chcesz napisać o tym posta na blogu, aż w końcu trafi Ci się taki couchsurfer, co myśli, że wie tyle, ile Ty myślisz, że wiesz. I on Ci teraz opowie o POLSCE! Ale jak on Ci opowie, to Ty się nawet nie spodziewasz! I teraz uwaga, bo idzie historia na faktach. Autentycznych. Otóż zgodnie z jego wiedzą w Polsce tradycją jest, by to mężczyzna z miłością w oczach usługiwał swojej kobiecie dzień i noc. By prowadził dom, jednocześnie wciąż się kształcąc, żeby się nie musiała za niego wstydzić, ale i oczywiście samodzielnie zarabiając na utrzymanie swojej słodkiej księżniczki, co to nic nie robi tylko leży i pachnie. Tudzież śmierdzi, bo jak nic nie robi i to pewnie się też nie myje. Taka prawda o Polsce została zaprezentowana Brazylijczykowi przez Polkę, mieszkającą ze swoim Polakiem-niewolnikiem w Australii. Następuje pytanie - Łodefak!? Znam tradycje świata, a nie znam polskiej!? Ja nie znam?! Znaczy się no wiem, że jakieś tam emancypatki-szalone-feministki, co to jeśli mają swoich partnerów to prowadzą ich na smyczy istnieją, ale nie traktowałam tego zjawiska jako tradycji. Zastanawiałam się raczej czy ta kobieta jest w tej sytuacji bardziej suką, czy ten facet bardziej dupą wołową. Ale że u nas to tak zawsze i wszędzie? Zresztą, jestę socjologię to przecież wię - to dominacja mężczyzn nad kobietami była/jest/będzie wręcz problemem społecznym, czyż nie? (mężczyźni proszeni są o odpowiadanie sobie na to pytanie). Powiedzmy, że jest po prostu różnie. Kwadratowo i podłużnie. A zatem kobieto, puchu MARNY! Od siedmiu boleści ambasadorko polskich obyczajów, oświeć mnie, co Ci się stało z głową? Upadłaś na jeszcze polski, czy już australijski beton? Rób sobie ze swoim chłopem na co Ci pozwoli, ale nie obrażaj ich wszystkich. Polak nie może być babą w oczach innych facetów świata bardziej niż prawdziwa baba! Nie, żebym chciała być bitą kurą domową, co to to nie! Ale chodzi o to, że taki Brazylijczyjk potem jedzie do domu i opowiada kolegom, że Polki to zimne i wyrafinowane dupne królewny, a Polak to ciul i się daje im wykorzystywać, i tak już z dziada pradziada. Tosz to nie o taką Polskę walczyliśmy! Znaczy się oni walczyli. Owszem, Brazylijczyk też zje...zawalił, bo szybko wszystko łyknął, jak młody rekin, ale na szczęście udało się go szybko wyprowadzić z błędu ( "Dziewczyno, przynieś mi telefon z góry!" "Już pędzę, Chłopaku!") i teraz pewnie opowiada kolegom, że w Polsce kwitnie równouprawnienie, kobiety dostają dziennie kwiaty, a mężczyźni lody czy inny deser. Ale po takim spotkaniu, po takiej rzekomej prawdzie, której się dowiadujesz o swoim kraju, nie znasz niczego. Wszystko co opowiadało 70 innych couchsurferów mogło być zbieraniną ich poglądów, a nie ich tradycji. Ich charakterów, a nie kultury. Cała zbieranina wiedzy na marne. Chyba trzeba będzie jednak jeździć po tym świecie...no najgorzej. Bo couchsurferowe poznawanie kultur przez pryzmat jednej czy trzech osób nie działa. Zakazać niektórym się w ogóle udzielać! Fajnie, niech couchsurferzy przyjeżdżają, zawsze jakaś atrakcja, emocje. Może a nóż widelec lubią pobiegać nago po mieszkaniu. Ale Polka z Australii otrzymuje ode mnie karnego kutasa i z liścia w twarz za wciskanie kitu lub tylko ocenianie całego otoczenia z perspektywy samej siebie. Otwórz oczy szerzej...Krowa! Znaczy się...kropka.

11 sty 2014

Podsumowanie.Roku.vol.2

Przejdźmy od razu do rzeczy, bo się doczekać nie mogę

Lipiec

Czyli, że Fabian <fanfary!> Pojawił się z tak zwanego nienacka i se został. Znaczy się Magda go przyprowadziła i się uszczęśliwiają, i przy okazji mnie jest dane rzygać serduszkami dzięki nim. Był, rzecz jasna, sprawdzany na początku z każdej strony, obserwowany z Magdą, bez Magdy i dla Magdy. Chciałam poruszyć swoje kontakty i wynająć także profesjonalną brygadę szpiegów, działających zwykle na potrzeby państwa, ale zapomniałam, że nie mam takich kontaktów, dlatego potrząsnęłam sobie listą kontaktów w telefonie i musiało wystarczyć. Wystarczyło! Szybko został okrzyknięty Brianem na jednej z imprez. Wyszło przy okazji, że niektórym z nas jest łatwiej mówić po angielsku niż w języku ojczystym, ale przynajmniej z zachowaniem polskiej dostojnej gościnności - "Kajes Brłajan Miszeeel?...czea sie sim napiś ofkorseenn..łersma..yyy...jdrinmadaFAKA!". Dodatkowo, by pokazać nasze do Briana pozytywne nastawienie, wyremontowaliśmy mu pokój, chwalimy jego tatuaże, lubimy jego kota, godzimy się na udostępnianie naszych zdjęć na Fb z każdego wspólnego wyjścia i nabijamy się z niego na równi z innymi. A piszę o nim głównie dlatego, że bardzo lubi Magdę i za to skoczę za nim w ogień.

Sierpień

Orewułar Druid, tym razem forewer forszur. Znając każdy jego zakamarek, znając gości i ich upodobania na pamięć, wiedząc o jego największych tajemnicach i najwspanialszych stronach, w końcu odeszłam. Pech chciał, by  moja impreza pożegnalna zbiegła się moją imprezą urodzinową, a że lato i ciepło i dużo ludzi, to zdaje się, około milion osób widziało me krokodyle łzy wylewane na kafelki przed tyle razy otwieranymi do knajpy drzwiami w momencie ostatecznego pożegnania. Moje przywiązanie i oddanie temu miejscu jest rozsądnie rzecz biorąc i krótko mówiąc niewytłumaczalne. "Przepraszam, Pani tu mieszka?" pytali....myślałam "A co? Nie można?!". Zaprawdę powiadam Wam, nie można! Reklamę Druidowi zawsze będę robić( idźcie i jedzcie stamtąd wszyscy! ), a i sama zawsze odwiedzać będę, jednak pracować już nie umiałam. Nowe wyzwania mnie wołały, posłuchałam i poszłam.

Wrześnień

I oto nadejszło nowe wyzwanie. Uuuu! tyle roboty, tyle nauki, tyle szczęścia, tyle wygrać! Jestę menadżerę z prawdziwego zdarzenia w szanującej się katowickiej restauracji i entuzjazmu też tyle, że gdybym go sprzedawała, to bym mogła nawet sushi sobie kupić. I co? I dzisiaj bym chętnie trochę entuzjazmu odkupiła. Albo po prostu kupię broń. Mam czasem do czynienia z ludźmi, którzy myślałam, że tacy się nie rodzą. Szukam ukrytych kamer, bo sytuacja jest tak absurdalna, że nie wiem czy się śmiać czy płakać. Niestety, ludzie nie pozwalają mi mieć o nich dobrego zdania. Nie spadłam z Księżyca, wiem że świat jest brutalny. Ale tak często i z tak nieprawdopodobnie głupimi pomysłami nie spotkałam się jeszcze nigdy. Bez owijania w bawełnę, z czystą satysfakcją będę ich tu teraz zrównywać z błotem, ooo tak! W pracy muszę być spokojna, nie okazuję im ani krzty zniecierpliwienia, niech się denerwują, że mnie nie zdenerwują. haha! Ale w środku się we mnie gotuje! Gnoooojeeeee gupie!! Ludzie są złośliwi, wredni i na prawdę głupsi niż ustawa przewiduje! Są złodziejami kradnącymi nam przed twarzą! Są okropni! Nie znoszę ich! Kombinują jak by tu zrobić komuś na złość, jak zjeść i nie zapłacić, jak obrazić wszystkich dookoła i zepsuć co tylko mają pod ręką. Tęsknota za rozumiem im z oczu patrzy, ale wchodzą i wrzeszczą od drzwi, że nie mają czasu i że "szybko żarcie, szybko piwo, szybko bo nie zapłacę ty głupia kelnerko i głupi barmanie i głupia menadżerko i wszyscy głupi!". W między czasie rozpylą w męskiej toalecie gaz pieprzowy albo złamią krzesło, w najlepszym wypadku tylko menu ukradną. Potem zjedzą całe jedzenie i wypiją całe napoje, ale zorientują się przed płaceniem, że im nie smakowało i że chcą rabat albo wcale nie zapłacą, a tak poza tym to ich okradliśmy. " Pani Michalino! Tylko ja jestem najmądrzejszy! Tylko ja jestem najpiękniejszy!". I tylko Ty tak myślisz, dupku! Nie generalizuję, spotykam ludzi dobrych. Miłych gości. Nie mówię, że nie popełniamy błędów, absolutnie nie będę nieprzejednana i nie będę ślepo się stawiać, że zawsze jesteśmy najlepsi i że właściwie nie rozumiem dlaczego nie dostaliśmy jeszcze gwiazdki Michelin. Ale, na najlepsze rolady jakie jadłam, czyli rolady Mojej Mamy! - niech już tak złośliwie nie będzie! Nie żebym wołała tutaj o pomstę do nieba...chociaż może trochę, bo bosze...widzisz i nie grzmisz? Musiałam dać tu upust moim emocjom, bo przecież to jest niezdrowe takie trzymanie w sobie. Nie będą tacy ludzie zmieniać mojego nastawienia do innych, ale nie rozumiem, nie akceptuję, ręce opadają. Cóż to za świat? niech ginie!

C.d.n., bom się uniosła. Wychodzę!


31 sty 2013

Wyznania.Ochroniarza.

Twardziel twardzielem - wygadać się musi każdy. Zwłaszcza w poniedziałek albo czwartek. Otóż znany mi Ochroniarz prawie 25 lat temu za punkt honoru wyznaczył sobie, by mnie strzec przed wszystkimi nieszczęściami podłego świata, za co zdarza się, że otrzyma czasem śniadanie. No ale też normalnie, za regularne pieniądze, pracuje jako ochroniarz w sieci sklepów, której nazwy nie mogę podać (pierwsza 'L", ostatnia też "L", 4 litery z czego tylko jedna jest samogłoską, żółto-niebieskie logo, od niedawna kampanii reklamowej towarzyszą dwaj znani kucharze, ale oni nie gotują, tylko gonią kury i jeżdżą na (jednym!) rowerze). No i w tym Lidlu, właśnie co nieszczęsny poniedziałek i nieszczęśniejszy czwartek są sprzedawane artykuły promocyjne - niecodziennego asortymentu, szczególne można by rzec. Na tyle wyjątkowe, że wywołują wśród zakupowiczów falę niekontrolowanych zachowań. "Najgorsze, córka, jest to, że nie widzę złodziei - a bliżej podejść nie mogę, bo mnie stratują...serio." Na początku nie dowierzał własnym oczom, dziś nauczony doświadczeniem uznaje, że nie ma co - trzeba przeczekać najcięższe. Dlatego staje z daleka i obserwuje. I oto z Jego obserwacji wynika, że prawdopodobnie za cenę 11.99 w poniedziałek jest sprzedawana kura, która znosi złote jajka z prędkością niemalże światła i na dodatek sama gra nimi na giełdzie, a wygraną z radością przekazuje zachwyconemu właścicielowi. Przez długi czas nijak jednak sprawdzić tychże przypuszczań Ochroniarz nie jest w stanie z racji tłumu, przez który ciężko się przecisnąć. Klienci bowiem stoją przy promocyjnych koszykach, za koszykami, pod koszykami, na koszykach i w koszykach. Jakby mogli, to by bez patrzenia na to co w nich jest ładowali wszystko do toreb, plecaków, kieszeni, saszetek, do buta - wszędzie tam, gdzie drugi klient już nie znajdzie! Bo to! JEST!...WOJNAAAA!!

Sklep jest otwierany o 8.00. Jednak ślady wydeptane z niecierpliwości w kostce brukowej przed marketem świadczą o tym, że kolejka ustawiała się od około 6.00. Ochroniarz widzi tłum z daleka, gdy powoli dociera do miejsca pracy i już wie, co nastąpi. Nie traci jednak dobrego humoru i wchodzi dziarsko do sklepu tylnym wyjściem. Zadowolony z tej jakże zuchwałej intrygi przechytrzenia klientów rusza na miejsce pracy. Zmierza w kierunku przeszklonego głównego wejścia, by dokonać otwarcia sklepu. Dwa razy złośliwie udaje, że czegoś zapomniał, dwa razy się wraca i dwa razy On i cała jego rodzina, czyli znaczy się ja też (!) zostajemy obrzucenia soczystymi i wyszukanymi obelgami. W końcu dręczenie rozwścieczonego stada mu się nudzi i wpuszcza zwierzynę na pole bitwy. 

O godzinie 8.20 po sklepie ani śladu. Rozniesione jest niemal wszystko...

Ochroniarz jednak należy do tych spostrzegawczych i w między czasie udało mu się zauważyć, jak po prawej stronie koszyków jedna z klientek rozszarpuje z pasją w oczach wszystkie opakowania białych męskich T-shirtów rozmiaru M. Wszystkie te same, identyczne i niczym się nie różniące otwiera po kolei. Za każdym razem - wyciąga je przed siebie, myśli, kręci głową i rezygnuje. A rezygnuje chyba tylko po to, by nie chować ich z powrotem do swoich opakowań, a jedynie rzucać w bliżej nieokreślone jej miejsce, którym po kilku dniach okazuje się dział z nabiałem. Natomiast po lewej stronie koszyków, w których dla odmiany znajdują się buty, idzie jakiś zakład o to, kto szybciej rozwiąże wszystkie poukładane pary i stworzy nowe - dwunumerowe. No bo na co komu para takich samych butów? Lepiej jeden 38 a drugi 41. Albo w ogóle tylko jeden but! To zresztą niehumanitarne tak je wszystkie związywać! Wolność dla adidasów! A kto nie uczestniczy w żadnych zawodach, ma okazję skorzystać z przyspieszonego kursu nurkowania. Zasady są proste - leżą w koszu zielone poszewki na poduszki, a Ty bierzesz głęboki wdech i nurkujesz do kosza po taką, która jest najgłębiej. Masz szczęście, jak przyszedłeś na zakupy z kimś - to Cię za nogi potrzyma. Jesteś sam - nie masz szans, bo kolejny uczestnik Cię w tym koszu zmiażdży, bo nie paczy czy tam pływasz, czy nie. Słabszy musi zostać bez superowej zielonej poszewki.

Po tych nieszczęsnych 20 minutach w koszach zostaje:
-jeden adidas w rozerwanym kartoniku po ukradzionej nocnej lampce za 16 złotych
-rozszarpana na trzy części damska tunika, na dodatek dwie części to rozmiar S, a trzecia-M
-kabel do głośniczków komputerowych - najwyraźniej ktoś woli im sie tylko przyglądać i kabel jest niepotrzebny zupełnie
-zapomniane 4-letnie dziecko płci żeńskiej
-zerwana w ferworze walki z sufitu tabliczka z informacją, że tutaj produkty są obniżone o 5 %

Cywilizacja. XXI wiek. KULTURA. No heloł. Jak jest 5 % obniżki, to niby ktoś ma o tym myśleć ?! Bitch please! Chyba tylko Ochroniarz.








17 sty 2013

post.z.fazami

Przeziębienie ma kilka faz.

Lekko mi katar zatka jedną dziurkę na pięć sekund i już świat się wali. Ale to dopiero pierwsza faza przeziębienia, więc oooo nie!! Jestem pewna, że świat się wali tylko po to, bym mogła udowodnić, że go odbuduję! Zakład pracy Twoim drugim domem, więc do boju, Michalino, zwana Pstrowską! Chusteczki do nosa najlepszym lekarstwem, niepotrzebna mi nawet witamina C. Oczy trochę zaczerwienione, ale podmaluje się i jest całkiem całkiem. No dobra - tylko jedno całkiem...

Wychodząc z domu, jestem zmuszona przypomnieć sobie o zimie. Pięknej i potrzebnej, jak jestem na urlopie w górach i próbuje nie złamać niczego podczas tak zwanej jazdy na snowboardzie, tudzież utrzymywać się przy życiu w trakcie katorgi, o której mówią, że jest zdobywaniem szczytów górskich. Ale srogiej i znienawidzonej kiedy przychodzi mi odśnieżać samochód, by ruszyć w drogę do pracy. Z wrodzoną cechą pozostawiania po swojej pracy wszystkiego w jak najczystszym stanie, odśnieżanie samochodu wydaje się być niekończącą się opowieścią. Z uporem maniaka pozbywam się każdej drobinki śniegu zewsząd. Nawet tata, przyglądający się bacznie, czy aby dobrze wykonuje wszystkie ruchy i nie działam na szkodę auta, po chwili rezygnuje z obserwacji, a ja dalej i dalej zdzieram z blachy lakier. I jeszcze raz! I się pocę, bo chce to szybko zrobić. I sypie sobie tym śniegiem na twarz. I na twarz przechodniów! Ale SZYBY MUSZA BYĆ IDEALNIE WYDRAPANE!! I potrzebuje chusteczki do nosa. Oddycham tylko przez gardło, dyszę, rezygnuję ze ściągania śniegu z kół przed jazdą. Zrobię to po. Ruszam.

I wtedy zauważam drugą fazę przeziębienia, bo włączam radio, muzykanty grajom, ale w samochodzie nie śpiewajom! Znaczy się chcą, to jest ja chce...ale tak jak do tej pory mój śpiew ranił jedynie uszy potencjalnych słuchaczy, tak teraz śpiewanie sprawia ból mojej zawiedzionej tym faktem osobie. Żeby tak samego siebie ranić...? Gardło ewidentnie wysiadło. Jadę bez gardła.

Trzecia faza przeziębienia następuje, gdy nie mam gdzie zaparkować, a potem na dodatek nikt w pracy niczego nie robi dobrze. Uśmiechają się - źle! Co im tak wesoło?! Szczęśliwa ekipa pod wezwaniem wszechogarniającej miłości. Pfff... Nie uśmiechają się - źle! Teraz mi pewnie na złość robią, co? Za głośno ta muzyka! Nie słyszę jak mocno kaszlę! Do lekarza ?! Po co? - tyle co mi powiedzą, to ja sama wiem. Fervex ktoś ma ? Jak to "nie..." !? Jak można nie mieć fervexu!!??

I zupełnie łagodnie przechodzę do fazy czwartej - obrażona nawet na bogu ducha winne drzwi wychodzę.
Zmierzając w stronę samochodu mijam dzieci z sankami. Krzyczą, biegają, skaczą, rzucają się w zaspy i z radości mogłyby ten śnieg całować. O ile go nie zjedzą...a nawet sobie sprawy nie zdają jak będą przez ten śnieg cierpieć, gdy przyjdzie im odśnieżać za kilka lat auto.

I kolejna z faz - piąta - smutna melancholia samotności...jakkolwiek komicznie to teraz nie brzmi - mózg sam zaczyna rozważać problem mojego egzystencjalizmu w perspektywie interakcji z tymi bliskimi i tymi dalszymi ludźmi. "Taka marudna jestem...czy ktoś mi pomoże jak będę miała wypadek ?" Nie no...lekka przesada z tym tragizmem..."Czy ktoś mi pomoże, jak nie będę umiała sobie poradzić z zamkniętym na amen słoikiem ? Czy są wokół mnie tacy bohaterzy ? Bo przecież nie ma na świecie nic cenniejszego niż otwarty słoik...". Tego typu rozważania mają to do siebie, że czy mam ku temu powody, czy też nie, muszą się skończyć płaczem. Znam swój organizm. Dlatego nie czekam na przykry bieg wydarzeń i nie stwarzam wyimaginowanych problemów, a pozbywam się przeziębieniowych toksyn oglądając film najsmutniejszy na świecie. Zanoszę się płaczem i używam pod wpływem emocji i dopóki się nie zorientuję, co robię, koca jako chusteczki. Szlocham na całe mieszkanie, mama się martwi. Ale przeczyszczam drogi oddechowe przez głębokie wdechy i napełniam się miłością do świata i ludzi na nowo. Z ulgą uświadamiam sobie przyjście ostatniej fazy - musiałabym teraz coś zjeść...

26 kwi 2012

wszystkie.wcielenia.Michaszki.

Drogie Panie, nie wiem czy wiecie, ale krąży po świecie plotka, że kobiety są niestabilne emocjonalnie. W sensie, że potrafią zmienić swoje nastawienie do życia w przeciągu kilku sekund. Co więcej - nikomu nie jest znana przyczyna tego niepojętego dla mężczyzn zjawiska. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, iż badania w tym zakresie prowadzili amerykańscy naukowcy z USA, a nawet japońscy z Japonii. Nie usatysfakcjonowali jednak żadnego z czekających z niecierpliwością na wyniki mężczyzn. Doszli bowiem jedynie do wniosku, że zjawisko zmiany nastroju nie jest zależne ani od wieku, ani ilości zjedzonej czekolady, ani tym bardziej od koloru bluzki mijanej w drodze do pracy sąsiadki.Wciąż jednak nie wiadomo, z czego nam się te niby zmiany biorą.

Osobiście uważam jednak, że albo zaszła jakaś dramatyczna pomyłka, albo mamy do czynienia z tajemniczą propagandą. Co prawda nie śmiem wypowiadać się w imieniu wszystkich kobiet świata ( bo np. z Niemką czy Filipinką nie rozmawiałam na ten temat ), ale samej siebie nigdy bym nie podejrzewała o jakąś niestabilność...w ogóle, jak się tak dłużej zastanawiam, to co to kogo obchodzi, że czasem nam się humor ewentualnie zmienia!? To jest nasza sprawa, a już na pewno nie mężczyzn! Skoro tak ich to trapi, że są w stanie prowadzić międzynarodowe badania, to niech nie prowokują nigdy takich zachowań! Właściwie jest jasne, dlaczego nas nie rozumieją! Tylko tak naprawdę nie chcą się dowiedzieć, bo jakby wiedzieli, to by się musieli dostosować! Lenistwo, nic więcej!

Nie no, może przesadzam...analizując wszystkie moje głosy na tak i na nie, jednak część mężczyzn, których spotykam, naprawdę potrafi się troszczyć. Bezinteresownie pomóc, wykazać czułością i zrozumieniem. A już na pewno cierpliwością, no bo w końcu baby potrafią być straszne. Tak, Panowie, zwracam honor. Wręcz mi przykro, że tak na Was nakrzyczałam...źle się z tym czuję. Kiepsko w ogóle wyglądam, zdaje się nic dobrego dla świata dzisiaj nie zrobię...I jeszcze ten katar. Przez chorobę człowiek czuje się taki bezużyteczny. Najgorsze, że smaku potraw nie czuję. Łukasz mi racuchy smaży, a ja nie wiem, jak bardzo mi smakują. Bo że smakują, to wiem, ale że jak bardzo, to już problem...Tragedia ! Pójdę do łóżka może...nic mi się nie chce...

Ale zanim zasnę jeszcze chciałabym napisać, bo to bardzo ważne, że...że co ? Żę...hm..a, trudno zapomniałam. Taka, jejku, roztrzepana jestem dzisiaj! hihi...no nic nie poradzę na tę chwilową nieporadność, ajajaj! :) haha! Głupiutka ja...

Zaraz...głupiutka!? No chyba jednak nie! Heloł! Nie rozumiem, jak mogłam tak nawet pomyśleć. Bzdury zupełnie chodzą mi po głowie. Teraz, kiedy mam tyle obowiązków! Nie mogę zaśmiecać mózgu bzdetami, bo trzeba usprawnić moje zorganizowanie dnia. Tak. Żadnych imprez, spotkań, jak najmniej snu i odpoczywania. Praca i samorealizacja jest najważniejsza! 5 posiłków dziennie, fitness, sport...Dyscyplina i opanowanie drogą do sukcesu. Kobieta powinna się rozwijać, a nie jakieśtam przyjemności. Czy badania na temat skoków nastrojów, pfff...ignoranci obowiązków! Zajmują się zjawiskami, które NIE ISTNIEJĄ! Marnowanie czasu.

Czy wyraziłam się jasno ?!

24 lis 2011

Mandarynki.


Mandarynki są ponoć najseksowniejszymi z seksownych owoców.
Czyżby ?

Trzymam w rękach torbę podróżną, która z każdym kolejnym wyjazdem do Krakowa jest lżejsza. Nie tylko dlatego, że zawsze czegoś zapomnę. Tu chodzi o taktykę – taktykę dopychania się. A to nie jest takie łatwe! Od półtora roku jeżdżę do Krakowa regularnie, ale za każdym razem odnoszę wrażenie, że kierowca będzie rozdawał coś za darmo. Bo ludzie się pchają i pchają…autokar jeszcze nawet nie podjechał, a oni się już pchają i pchają…Ja mam zwykle rezerwację, dlatego pcham się przy krawężniku. Nie chcę za bardzo, ale może dzisiaj faktycznie jest jakiś bonus? I stoję z tą torbą i się męczę, żeby mnie nikt nie przewrócił albo co gorsza – zrzucił z krawężnika! Wtedy koniec, nie wróciłabym na swoja pozycję – nikt by nie ustąpił. I z tej złości, że ludzie mogliby być tacy nieuprzejmi, pcham się jeszcze mocniej.

Kiedyś się nie dopychałam. Liczyłam, że popłynę z tłumem, bo taka byłam ściśnięta, że nie musiałam ruszać nogami, a i tak jakoś docierałam do wejścia...i już byłam zadowolona, że się udało! Że ci ludzie mi właściwie pomogli, już chciałam dziękować ściskającym...gdy nagle przed drzwiami mnie puszczali,  sami szybko wskakiwali do autokaru, a ja nie zdążyłam podziękować. Nie zdążyłam też wejść. Trudno, podziękuję im kiedyś indziej. 

Najdziwniejsze jest jednak to, że ludzie się pchają nawet jeśli nie ma tłumu. Każdy wszedłby 3 razy do autokaru, mógłby usiąść. Ba! Rozwalić się na 4 miejscach i spokojnie zajechać. Ale nieeee – to chyba jakaś tradycja. Dwie osoby wchodzą do busa i przez 10 minut MUSZĄ się bić o wejście, bo pan kierowca pewnie nie ruszy…a potem siedzą obrażeni na końcach autokaru i ani z kim pogadać, ani paluszkami poczęstować…

Niech zatem mój przyszły towarzysz podróży się nie dziwi, że w autokarze dyszę przez pół godziny od wejścia. Uzupełniam płyny i ścieram pot z czoła. Niech się też nie dziwi, że z lekką paniką w oczach spoglądam w stronę innych pasażerów, czy czasem nie będą chcieli mnie zrzucić z mojego miejsca siedzącego! Nie dam się! Ja muszę spać, uczyć się, podziwiać widoki, pisać smsy…dużo muszę, nie dam się!

Okazuje się, że nikt nie chce mnie zrzucać. Czuję się wręcz lekceważona z moimi obawami. Zastanawiam się czy nie zaczepić dla pewności pani stojącej przy mnie – „Niech pani nawet o tym nie myśli!” – ale rezygnuję, bo emocje zaczynają opadać. ..jeszcze tylko pomacham złośliwie tym, którzy się nie zmieścili i mogę oddać się podróży.

Uczyć się czy się nie uczyć i spać ? Sekunda wahania – spać. Przyklejam głowę do szyby, torebkę wkładam do kieszeni, żeby nikt nie ukradł. Torbę podróżną też próbuje włożyć do kieszeni, ale się nie udaje, więc zostawiam ją sobie na kolanach. Dojeżdżamy do autostrady, więc droga jest jednostajna, zasypiam. Dostrzegam jeszcze kątem oka, że pan obok mnie też zasypia. Z tą jednak różnicą, że zasypia trochę głośniej…dobra, poczekam, może trafimy na dziurę, to się obudzi. Czekam i czekam, i nie śpię. No jak na złość spotkało nas cudowne zniknięcie wszelkich dziur drogowych! Tymczasem mnie zaczynają wibrować włosy od chrapania pana obok. W autokarze już nikt nie śpi, postanawiam się uczyć. Wyciągam zeszyt. Wytężam wszystkie siły. Cały mózg pracuje na to, by chrapanie mi nie przeszkadzało – jestem tylko ja i prawo autorskie! I, o matko i córko!, udało się – nie słyszę chrapania - cisza. Pełna zachwytu dla możliwości swojego mózgu jestem już pewna, że w takim razie, skoro jestem taka zdolna, nie muszę się uczyć. Chowam zeszyt.

I oto zauważam, że to nie siła mojego mózgu, tylko głód pana siedzącego obok…nie spał już dawno - je mandarynkę. Wstrząśnięta brakiem podstaw do samozachwytu obserwuję jak się nią delektuje. Jak zrzuca obraną skórkę na podłogę, jak mlaszcze i wyciera ręce do spodni. Musiałam głupio wyglądać z otwartymi ustami i zrozpaczonym wyrazem twarzy, bo chciał się podzielić. Pech jednak chciał, że mówiąc przegryzł kawałek owoca z takim przejęciem, że prysnął sokiem prosto na moją kurtkę. Dżentelmen, chciał mi dać chusteczkę. Jakaś pognieciona, jakby zużyta, ale tylko raz. Już wiem, dlaczego wcześniej używał do tego własnych spodni. „Nic nie chcę!!”. Tylko wysiąść, wysiąść…!

Niewyspana, nienauczona, brudna i przy wyjściu na nowo zgnieciona w końcu wysiadam. 

Mandarynki są ponoć najseksowniejsze z seksownych owoców.
Czyżby ?
NA PEWNO NIE!