Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty

2 wrz 2015

Couchsurfing, czyli czego się możesz dowiedzieć o własnym kraju.

Tak długo mi to zajęło, bo powiedzmy, że zbierałam materiały...

Przyszpanowałam z tym "couchsurfingiem", co nie? No, się zna języki...ale że blog polski, to wyjaśnię. Otóż "couchsurfera" tłumaczy się dosłownie jako "osobę w podróży, charakteryzującą się nieprzeciętną odwagą, chyba że wypowiadają się Mamy, to wtedy raczej głupotą". Przekonanie to wzięło się z tego, że couchsurfer noce spędza z osobami znalezionymi na portalu internetowym - tak zwanymi hostami, tudzież gospodarzami. Na ich terenie, ich warunkach i z ich ukrytymi szaleństwami. A szaleństwa są różne. Dla niektórych jest to ubieranie spodni bez trzymanki, dla innych chodzenie po domu nago, wieszanie skarpetek na suszarce nie do pary ( to już przegięcie...) czy też okradanie podróżujących z drogocennych pamiątek, jakimi mogą być bursztynki, bursztynki, co znaleźli je na plaży. Ale taki gospodarz jest też równie odważny, co Mamy myślą, że głupi. Bo to, że couchsurfer chce z nimi spać to jeszcze nic. To gospodarze są tymi, co się na to GODZĄ! A couchsurferzy też mogą być dziwni. Mogą nie umieć gotować lub, co gorsza, myć garów. Musisz ich zostawiać samych w domu, jeśli nocują więcej niż noc. I co - zaufasz? Zaufasz Niemcowi?! A! No bo narodowości są różne. Jak mieszkasz w Nowej Zelandii, gdzie przyjechać chcą raczej no...wszyscy raczej, to masz szansę na poznanie każdej kultury wszystkich kul ziemskich. I niby cały precedens odbywa się za darmo, ale spodziewasz się, że korzyści jakie można z tego wynieść będą bezcenne - wymiana poglądów, poznawanie ciekawych ludzi i ich kultur, szlifowanie języka, radość i szczęście. Po jakimś czasie myślisz, że świat nie ma przed Tobą żadnych tajemnic. Każdy zakątek świata jest Ci znany, wiesz wszystko o obyczajach i tradycjach z różnych stron globu. Ale czy tak jest na prawdę? Właśnie, że nie e! Bo myślisz, że tyyyyle już znasz tradycji, że chcesz napisać o tym posta na blogu, aż w końcu trafi Ci się taki couchsurfer, co myśli, że wie tyle, ile Ty myślisz, że wiesz. I on Ci teraz opowie o POLSCE! Ale jak on Ci opowie, to Ty się nawet nie spodziewasz! I teraz uwaga, bo idzie historia na faktach. Autentycznych. Otóż zgodnie z jego wiedzą w Polsce tradycją jest, by to mężczyzna z miłością w oczach usługiwał swojej kobiecie dzień i noc. By prowadził dom, jednocześnie wciąż się kształcąc, żeby się nie musiała za niego wstydzić, ale i oczywiście samodzielnie zarabiając na utrzymanie swojej słodkiej księżniczki, co to nic nie robi tylko leży i pachnie. Tudzież śmierdzi, bo jak nic nie robi i to pewnie się też nie myje. Taka prawda o Polsce została zaprezentowana Brazylijczykowi przez Polkę, mieszkającą ze swoim Polakiem-niewolnikiem w Australii. Następuje pytanie - Łodefak!? Znam tradycje świata, a nie znam polskiej!? Ja nie znam?! Znaczy się no wiem, że jakieś tam emancypatki-szalone-feministki, co to jeśli mają swoich partnerów to prowadzą ich na smyczy istnieją, ale nie traktowałam tego zjawiska jako tradycji. Zastanawiałam się raczej czy ta kobieta jest w tej sytuacji bardziej suką, czy ten facet bardziej dupą wołową. Ale że u nas to tak zawsze i wszędzie? Zresztą, jestę socjologię to przecież wię - to dominacja mężczyzn nad kobietami była/jest/będzie wręcz problemem społecznym, czyż nie? (mężczyźni proszeni są o odpowiadanie sobie na to pytanie). Powiedzmy, że jest po prostu różnie. Kwadratowo i podłużnie. A zatem kobieto, puchu MARNY! Od siedmiu boleści ambasadorko polskich obyczajów, oświeć mnie, co Ci się stało z głową? Upadłaś na jeszcze polski, czy już australijski beton? Rób sobie ze swoim chłopem na co Ci pozwoli, ale nie obrażaj ich wszystkich. Polak nie może być babą w oczach innych facetów świata bardziej niż prawdziwa baba! Nie, żebym chciała być bitą kurą domową, co to to nie! Ale chodzi o to, że taki Brazylijczyjk potem jedzie do domu i opowiada kolegom, że Polki to zimne i wyrafinowane dupne królewny, a Polak to ciul i się daje im wykorzystywać, i tak już z dziada pradziada. Tosz to nie o taką Polskę walczyliśmy! Znaczy się oni walczyli. Owszem, Brazylijczyk też zje...zawalił, bo szybko wszystko łyknął, jak młody rekin, ale na szczęście udało się go szybko wyprowadzić z błędu ( "Dziewczyno, przynieś mi telefon z góry!" "Już pędzę, Chłopaku!") i teraz pewnie opowiada kolegom, że w Polsce kwitnie równouprawnienie, kobiety dostają dziennie kwiaty, a mężczyźni lody czy inny deser. Ale po takim spotkaniu, po takiej rzekomej prawdzie, której się dowiadujesz o swoim kraju, nie znasz niczego. Wszystko co opowiadało 70 innych couchsurferów mogło być zbieraniną ich poglądów, a nie ich tradycji. Ich charakterów, a nie kultury. Cała zbieranina wiedzy na marne. Chyba trzeba będzie jednak jeździć po tym świecie...no najgorzej. Bo couchsurferowe poznawanie kultur przez pryzmat jednej czy trzech osób nie działa. Zakazać niektórym się w ogóle udzielać! Fajnie, niech couchsurferzy przyjeżdżają, zawsze jakaś atrakcja, emocje. Może a nóż widelec lubią pobiegać nago po mieszkaniu. Ale Polka z Australii otrzymuje ode mnie karnego kutasa i z liścia w twarz za wciskanie kitu lub tylko ocenianie całego otoczenia z perspektywy samej siebie. Otwórz oczy szerzej...Krowa! Znaczy się...kropka.

25 lut 2015

Nowozelandzka metamorfoza - to się dzieje naprawdę!



Musiałam wyjechać na drugi koniec świata, żeby wiedzieć jak się do tego bloga zabrać. I po raz kolejny ścieram kurz. Tym razem jednak nie pozwolę mu osiąść na długo. Zobaczysz!! Metamorfozę czas zacząć - START!
<fanfary>

 Nowa Zelandia – true story, bro.
PROLOG

Znasz kogoś, kto był w Nowej Zelandii?(i nie pytam o to tych moich znajomych, którzy wiedzą gdzie właśnie jestem:*). Ja nie znałam, a mam na fejsie 570 znajomych, co uważam, że nie jest mało (popularność taka wielka^^). Nie ma się jednak co dziwić, bo kraj ten jest tak daleko, że dla wielu przekroczenie jego granic jest niemal tak osiągalne jak podróżowanie po Narnii. W związku z tym, jeśli wiesz, że kręcili tu „Władcę Pierścieni” to pewnie myślisz, że to już dużo. Wyrazy uznania dla tych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że to nie tu występują kangury. A coś więcej? Pewnie niewiele. Wiedza Polaków na temat Nowej Zelandii jest na poziomie mojej wiedzy z zakresu astronomii. Niby wiem, że Słońce i takie tam i spoko. Po co mi więcej wiedzieć? Ale co jak Słońce wybuchnie? Czy wiem jak się uratować? Nie. A zawsze warto wiedzieć…bo może obiło Ci się o uczy, że Nowa Zelandia to według większości rankingów ekonomicznych najbardziej rozwinięty społecznie kraj świata? Polska może i by w jakimś tam rankingu pobiła Nową Zelandię, ale zgaduję, że nie w tym. Wnioskuję więc, że za jakiś czas kilka osób zacznie przekopywać Internet, znajdywać opinie, podziwiać zdjęcia z nadzieją na, być może, lepsze życie na drugim końcu świata. I oto nadchodzę ja! Realistka z poczuciem misji i umiejętnością obiektywnego przedstawiania faktów. Mieszkam tu krótko, bo niecały rok, ale i tak śmiem twierdzić, że jestem w stanie oddać bardziej rzeczywisty obraz Nowej Zelandii tym, którzy będą nią zainteresowani niż autorzy niejednego artykułu w sieci. Zdarzy mi się bowiem czasem natknąć np. na opis JAKŻE NIE-ZWYK-ŁEJ przygody podczas zwiedzania ZAPIERAJĄCEGO DECH W PIERSIACH krateru w Auckland i se myślę: „So ja czytam? Czy to w jakiejś innej Nowej Zelandii? A może, o matko i córko, pomyliłam kraje?!”. Ale po szybkim przeanalizowaniu sytuacji stwierdzam, że to nie ja pomyliłam państwa, tylko ludzie zwykle piszą to, co inni chcą przeczytać. „Nowa Zelandia? Łał! Och, super, łał, przygoda niezwykła, <3, omg najlepiej, zazdrość.pl!”. A licznik z lajkami na fejsie rośnie pod zdjęciem i radocha załatwiona. Bo kto przyjedzie sprawdzić jak jest w rzeczywistości? Garstka. W tym i ja przyleciałam! I nie żebym zajęła stanowisko wroga Nowej Zelandii, nie o to, nie o to. PRAWDA! Prawda nas wyzwoli, prawda jest najważniejsza! Dlatego opowiem historię prawdziwą. Nie na zasadzie „moja racja jest bardziej mojsza niż twojsza”(no może troszkę;-)) i z przymrużeniem oka, żebyś wiedziała i wiedział, że możesz mieć dystans do tego co piszę, pozwalam.
Nowa Zelandia – true story, bro.
Zapraszam! Zara będzie tekst.

P.s. Spokojnie, wiem że Słońce jutro nie wybuchnie. A nawet gdyby wybuchło to i tak się nie uratuję. Joł!

31 sty 2013

Wyznania.Ochroniarza.

Twardziel twardzielem - wygadać się musi każdy. Zwłaszcza w poniedziałek albo czwartek. Otóż znany mi Ochroniarz prawie 25 lat temu za punkt honoru wyznaczył sobie, by mnie strzec przed wszystkimi nieszczęściami podłego świata, za co zdarza się, że otrzyma czasem śniadanie. No ale też normalnie, za regularne pieniądze, pracuje jako ochroniarz w sieci sklepów, której nazwy nie mogę podać (pierwsza 'L", ostatnia też "L", 4 litery z czego tylko jedna jest samogłoską, żółto-niebieskie logo, od niedawna kampanii reklamowej towarzyszą dwaj znani kucharze, ale oni nie gotują, tylko gonią kury i jeżdżą na (jednym!) rowerze). No i w tym Lidlu, właśnie co nieszczęsny poniedziałek i nieszczęśniejszy czwartek są sprzedawane artykuły promocyjne - niecodziennego asortymentu, szczególne można by rzec. Na tyle wyjątkowe, że wywołują wśród zakupowiczów falę niekontrolowanych zachowań. "Najgorsze, córka, jest to, że nie widzę złodziei - a bliżej podejść nie mogę, bo mnie stratują...serio." Na początku nie dowierzał własnym oczom, dziś nauczony doświadczeniem uznaje, że nie ma co - trzeba przeczekać najcięższe. Dlatego staje z daleka i obserwuje. I oto z Jego obserwacji wynika, że prawdopodobnie za cenę 11.99 w poniedziałek jest sprzedawana kura, która znosi złote jajka z prędkością niemalże światła i na dodatek sama gra nimi na giełdzie, a wygraną z radością przekazuje zachwyconemu właścicielowi. Przez długi czas nijak jednak sprawdzić tychże przypuszczań Ochroniarz nie jest w stanie z racji tłumu, przez który ciężko się przecisnąć. Klienci bowiem stoją przy promocyjnych koszykach, za koszykami, pod koszykami, na koszykach i w koszykach. Jakby mogli, to by bez patrzenia na to co w nich jest ładowali wszystko do toreb, plecaków, kieszeni, saszetek, do buta - wszędzie tam, gdzie drugi klient już nie znajdzie! Bo to! JEST!...WOJNAAAA!!

Sklep jest otwierany o 8.00. Jednak ślady wydeptane z niecierpliwości w kostce brukowej przed marketem świadczą o tym, że kolejka ustawiała się od około 6.00. Ochroniarz widzi tłum z daleka, gdy powoli dociera do miejsca pracy i już wie, co nastąpi. Nie traci jednak dobrego humoru i wchodzi dziarsko do sklepu tylnym wyjściem. Zadowolony z tej jakże zuchwałej intrygi przechytrzenia klientów rusza na miejsce pracy. Zmierza w kierunku przeszklonego głównego wejścia, by dokonać otwarcia sklepu. Dwa razy złośliwie udaje, że czegoś zapomniał, dwa razy się wraca i dwa razy On i cała jego rodzina, czyli znaczy się ja też (!) zostajemy obrzucenia soczystymi i wyszukanymi obelgami. W końcu dręczenie rozwścieczonego stada mu się nudzi i wpuszcza zwierzynę na pole bitwy. 

O godzinie 8.20 po sklepie ani śladu. Rozniesione jest niemal wszystko...

Ochroniarz jednak należy do tych spostrzegawczych i w między czasie udało mu się zauważyć, jak po prawej stronie koszyków jedna z klientek rozszarpuje z pasją w oczach wszystkie opakowania białych męskich T-shirtów rozmiaru M. Wszystkie te same, identyczne i niczym się nie różniące otwiera po kolei. Za każdym razem - wyciąga je przed siebie, myśli, kręci głową i rezygnuje. A rezygnuje chyba tylko po to, by nie chować ich z powrotem do swoich opakowań, a jedynie rzucać w bliżej nieokreślone jej miejsce, którym po kilku dniach okazuje się dział z nabiałem. Natomiast po lewej stronie koszyków, w których dla odmiany znajdują się buty, idzie jakiś zakład o to, kto szybciej rozwiąże wszystkie poukładane pary i stworzy nowe - dwunumerowe. No bo na co komu para takich samych butów? Lepiej jeden 38 a drugi 41. Albo w ogóle tylko jeden but! To zresztą niehumanitarne tak je wszystkie związywać! Wolność dla adidasów! A kto nie uczestniczy w żadnych zawodach, ma okazję skorzystać z przyspieszonego kursu nurkowania. Zasady są proste - leżą w koszu zielone poszewki na poduszki, a Ty bierzesz głęboki wdech i nurkujesz do kosza po taką, która jest najgłębiej. Masz szczęście, jak przyszedłeś na zakupy z kimś - to Cię za nogi potrzyma. Jesteś sam - nie masz szans, bo kolejny uczestnik Cię w tym koszu zmiażdży, bo nie paczy czy tam pływasz, czy nie. Słabszy musi zostać bez superowej zielonej poszewki.

Po tych nieszczęsnych 20 minutach w koszach zostaje:
-jeden adidas w rozerwanym kartoniku po ukradzionej nocnej lampce za 16 złotych
-rozszarpana na trzy części damska tunika, na dodatek dwie części to rozmiar S, a trzecia-M
-kabel do głośniczków komputerowych - najwyraźniej ktoś woli im sie tylko przyglądać i kabel jest niepotrzebny zupełnie
-zapomniane 4-letnie dziecko płci żeńskiej
-zerwana w ferworze walki z sufitu tabliczka z informacją, że tutaj produkty są obniżone o 5 %

Cywilizacja. XXI wiek. KULTURA. No heloł. Jak jest 5 % obniżki, to niby ktoś ma o tym myśleć ?! Bitch please! Chyba tylko Ochroniarz.








26 kwi 2012

wszystkie.wcielenia.Michaszki.

Drogie Panie, nie wiem czy wiecie, ale krąży po świecie plotka, że kobiety są niestabilne emocjonalnie. W sensie, że potrafią zmienić swoje nastawienie do życia w przeciągu kilku sekund. Co więcej - nikomu nie jest znana przyczyna tego niepojętego dla mężczyzn zjawiska. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, iż badania w tym zakresie prowadzili amerykańscy naukowcy z USA, a nawet japońscy z Japonii. Nie usatysfakcjonowali jednak żadnego z czekających z niecierpliwością na wyniki mężczyzn. Doszli bowiem jedynie do wniosku, że zjawisko zmiany nastroju nie jest zależne ani od wieku, ani ilości zjedzonej czekolady, ani tym bardziej od koloru bluzki mijanej w drodze do pracy sąsiadki.Wciąż jednak nie wiadomo, z czego nam się te niby zmiany biorą.

Osobiście uważam jednak, że albo zaszła jakaś dramatyczna pomyłka, albo mamy do czynienia z tajemniczą propagandą. Co prawda nie śmiem wypowiadać się w imieniu wszystkich kobiet świata ( bo np. z Niemką czy Filipinką nie rozmawiałam na ten temat ), ale samej siebie nigdy bym nie podejrzewała o jakąś niestabilność...w ogóle, jak się tak dłużej zastanawiam, to co to kogo obchodzi, że czasem nam się humor ewentualnie zmienia!? To jest nasza sprawa, a już na pewno nie mężczyzn! Skoro tak ich to trapi, że są w stanie prowadzić międzynarodowe badania, to niech nie prowokują nigdy takich zachowań! Właściwie jest jasne, dlaczego nas nie rozumieją! Tylko tak naprawdę nie chcą się dowiedzieć, bo jakby wiedzieli, to by się musieli dostosować! Lenistwo, nic więcej!

Nie no, może przesadzam...analizując wszystkie moje głosy na tak i na nie, jednak część mężczyzn, których spotykam, naprawdę potrafi się troszczyć. Bezinteresownie pomóc, wykazać czułością i zrozumieniem. A już na pewno cierpliwością, no bo w końcu baby potrafią być straszne. Tak, Panowie, zwracam honor. Wręcz mi przykro, że tak na Was nakrzyczałam...źle się z tym czuję. Kiepsko w ogóle wyglądam, zdaje się nic dobrego dla świata dzisiaj nie zrobię...I jeszcze ten katar. Przez chorobę człowiek czuje się taki bezużyteczny. Najgorsze, że smaku potraw nie czuję. Łukasz mi racuchy smaży, a ja nie wiem, jak bardzo mi smakują. Bo że smakują, to wiem, ale że jak bardzo, to już problem...Tragedia ! Pójdę do łóżka może...nic mi się nie chce...

Ale zanim zasnę jeszcze chciałabym napisać, bo to bardzo ważne, że...że co ? Żę...hm..a, trudno zapomniałam. Taka, jejku, roztrzepana jestem dzisiaj! hihi...no nic nie poradzę na tę chwilową nieporadność, ajajaj! :) haha! Głupiutka ja...

Zaraz...głupiutka!? No chyba jednak nie! Heloł! Nie rozumiem, jak mogłam tak nawet pomyśleć. Bzdury zupełnie chodzą mi po głowie. Teraz, kiedy mam tyle obowiązków! Nie mogę zaśmiecać mózgu bzdetami, bo trzeba usprawnić moje zorganizowanie dnia. Tak. Żadnych imprez, spotkań, jak najmniej snu i odpoczywania. Praca i samorealizacja jest najważniejsza! 5 posiłków dziennie, fitness, sport...Dyscyplina i opanowanie drogą do sukcesu. Kobieta powinna się rozwijać, a nie jakieśtam przyjemności. Czy badania na temat skoków nastrojów, pfff...ignoranci obowiązków! Zajmują się zjawiskami, które NIE ISTNIEJĄ! Marnowanie czasu.

Czy wyraziłam się jasno ?!

7 mar 2012

Pewnie.Cię.zaskoczy.

Kto by pomyślał, że naprawdę tak jest...? Owszem, mama mówiła i dużo innych osób mówiło. I oni wszyscy mieli niezaprzeczalne argumenty i byli pewni swego...ale twardo twierdziłam, że nie uwierzę, póki sama nie doświadczę!

I stało się. Dotarło. Kto jeszcze tego nie wie, niech czyta i się uczy, bo mam niezaprzeczalne argumenty i jestem pewna swego - otóż życie jest nieprzewidywalne!

Było już wcześniej, ale zjawisko to nie istniało dla mnie jako obiekt głębszych rozmyślań. Teraz, z racji jutrzejszego Dnia Kobiet, poczułam potrzebę zastanawiania się. Kto by pomyślał....Jeszcze nie tak dawno drogi w Krakowie były dla mnie ciemną magią. Dziś, pod koniec studiowania i przejściu tam niezliczonych kilometrów, nadal są ciemną magią. Kto by pomyślał...Wciąż spotkam się z krytyką mojej niesystematyczności tu, na blogu. Nie, to nie jest argument na to, że życie mnie zaskakuje. Zaskakuje mnie raczej to, że wciąż się tego nie oduczyłam. Zwykle nie umiem się pogodzić z poważną krytyką...no kto by pomyślał!? No a tego, że tak mało osób lubi kożuszek z mleka, to już bym się nigdy nie spodziewała!

Nawet mi to nie przeszkadza. Niech się życie nie przewiduje. Jasne, najlepiej jakby robiło miłe niespodzianki, no ale nie można mieć wszystkiego - zaskakuje i jeszcze zawsze pozytywnie ? - nie, nie można być pazernym. Zdawanie sobie sprawy z grożącego niebezpieczeństwa ułatwia jego później eliminowanie. Ale oczekiwać dobrego też można. Bo to, że życie w końcu serdecznie zaskoczy, to pewne!