Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fb. Pokaż wszystkie posty

25 lut 2015

Nowozelandzka metamorfoza - to się dzieje naprawdę!



Musiałam wyjechać na drugi koniec świata, żeby wiedzieć jak się do tego bloga zabrać. I po raz kolejny ścieram kurz. Tym razem jednak nie pozwolę mu osiąść na długo. Zobaczysz!! Metamorfozę czas zacząć - START!
<fanfary>

 Nowa Zelandia – true story, bro.
PROLOG

Znasz kogoś, kto był w Nowej Zelandii?(i nie pytam o to tych moich znajomych, którzy wiedzą gdzie właśnie jestem:*). Ja nie znałam, a mam na fejsie 570 znajomych, co uważam, że nie jest mało (popularność taka wielka^^). Nie ma się jednak co dziwić, bo kraj ten jest tak daleko, że dla wielu przekroczenie jego granic jest niemal tak osiągalne jak podróżowanie po Narnii. W związku z tym, jeśli wiesz, że kręcili tu „Władcę Pierścieni” to pewnie myślisz, że to już dużo. Wyrazy uznania dla tych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że to nie tu występują kangury. A coś więcej? Pewnie niewiele. Wiedza Polaków na temat Nowej Zelandii jest na poziomie mojej wiedzy z zakresu astronomii. Niby wiem, że Słońce i takie tam i spoko. Po co mi więcej wiedzieć? Ale co jak Słońce wybuchnie? Czy wiem jak się uratować? Nie. A zawsze warto wiedzieć…bo może obiło Ci się o uczy, że Nowa Zelandia to według większości rankingów ekonomicznych najbardziej rozwinięty społecznie kraj świata? Polska może i by w jakimś tam rankingu pobiła Nową Zelandię, ale zgaduję, że nie w tym. Wnioskuję więc, że za jakiś czas kilka osób zacznie przekopywać Internet, znajdywać opinie, podziwiać zdjęcia z nadzieją na, być może, lepsze życie na drugim końcu świata. I oto nadchodzę ja! Realistka z poczuciem misji i umiejętnością obiektywnego przedstawiania faktów. Mieszkam tu krótko, bo niecały rok, ale i tak śmiem twierdzić, że jestem w stanie oddać bardziej rzeczywisty obraz Nowej Zelandii tym, którzy będą nią zainteresowani niż autorzy niejednego artykułu w sieci. Zdarzy mi się bowiem czasem natknąć np. na opis JAKŻE NIE-ZWYK-ŁEJ przygody podczas zwiedzania ZAPIERAJĄCEGO DECH W PIERSIACH krateru w Auckland i se myślę: „So ja czytam? Czy to w jakiejś innej Nowej Zelandii? A może, o matko i córko, pomyliłam kraje?!”. Ale po szybkim przeanalizowaniu sytuacji stwierdzam, że to nie ja pomyliłam państwa, tylko ludzie zwykle piszą to, co inni chcą przeczytać. „Nowa Zelandia? Łał! Och, super, łał, przygoda niezwykła, <3, omg najlepiej, zazdrość.pl!”. A licznik z lajkami na fejsie rośnie pod zdjęciem i radocha załatwiona. Bo kto przyjedzie sprawdzić jak jest w rzeczywistości? Garstka. W tym i ja przyleciałam! I nie żebym zajęła stanowisko wroga Nowej Zelandii, nie o to, nie o to. PRAWDA! Prawda nas wyzwoli, prawda jest najważniejsza! Dlatego opowiem historię prawdziwą. Nie na zasadzie „moja racja jest bardziej mojsza niż twojsza”(no może troszkę;-)) i z przymrużeniem oka, żebyś wiedziała i wiedział, że możesz mieć dystans do tego co piszę, pozwalam.
Nowa Zelandia – true story, bro.
Zapraszam! Zara będzie tekst.

P.s. Spokojnie, wiem że Słońce jutro nie wybuchnie. A nawet gdyby wybuchło to i tak się nie uratuję. Joł!

23 paź 2012

hipokrytka.

Oddaje się do linczu publicznego.

Święte miejsce nierealnych spotkań, Fejsbuk ( o, Fejsbuku! ), gdzie wszystko od wszystkich, nawet nieznajomych, których się przyjęło do znajomych, bo mają w znajomych znajomego znajomego, się lubi, okazał się dla mnie miejscem agresji. Mój dzisiejszy sceptyczny komentarz ( jeden z 284743957 których się jak dotąd użyć odważyłam ), spotkał się z okazaną w ekspresowym tempie krytyką. Maleńką co prawda, zagubioną już pośród kolejnych zdjęć pysznych babeczek, szyneczek i konfitureczek, szybko przeobrażoną w żart dzięki ludziom dobrej woli, aczkolwiek będącą pretekstem do obsmarowania fejsbuka, a raczej jego użytkowników, po całości! Bom tym sceptyzmem już lekko przepełniona, delikatnie rzec ujmując, a że i chciałabym poruszyć opinie publiczną, ryzykuję głośne podjęcie tematu.

Nie jestem pierwsza i nie ostatnia, która na trzeźwo nie zniesie. Ale dłużej niewypowiadać się nie będę. Oczywiście, róbcie ze swoim fejsbukiem co chcecie. Dodawajcie "śWiEtNe FoTkI <3 :*:* ". Chwalcie się zaręczynowymi pierścionkami na dłoniach z przecudnie przygotowanymi na to zdjęcie tipsami w gwiazdki. Przeobrażajcie swoje konta na konta Waszych świeżopoczętych, potem ledwo-co-urodzonych, przed-momentem-wyniesionych-ze-szpitala i oczywiście świetnie-wychowywanych dzieci. Udostępniajcie złote myśli rodem z pożalsiepanieboze.pl i traktujcie Wasze 'ściany' jak konfesjonał, tudzież dla ateistów alternatywnie kozetkę, a znajomych jak księży, analogicznie - psychologów i próbujcie wzbudzić współczucie bądź zazdrość. Róbta co chceta!

Ale ja godzić się na to nie będę. Jestę socjologię, paczeć na to nie mogę, ratować społeczeństwo muszę! Świecić przykładem zamierzam i nawet panującym na kwejku trendom opierać się będę. Nie ulegnę i w walce wytrwam. Na pewno z tydzień.

A potem zapomnę, że powinnam mieć mózg i po godzinach bezmyślnego przekopywania internetu sama udostępnię komuś na ścianie linka z kwejka i polubię kota, który je pączka.

I możecie wypisywać, że ten post to jedna wielka hipokryzja. Ależ wypisujcie sobie! Wykrzykujcie mi to na ulicy - nawet bym chciała, bo to byłby dowód, że jednak w prawdziwym życiu ktoś potrafi posługiwać się głosem, a nie poruszającymi postami typu ' Nie lubię, gdy ktoś mnie obraża '. Tylko że nie o hipokryzje tu chodzi, a o ironię! O dystans i drwienie z jego braku. Odrobina sceptyzmu nikogo nie zabiła, a nawet gdyby, to mogę w takim razie zostać płatnym mordercą.

Wśród moich znajomych są szczęśliwie ludzie, którym tłumaczyć tego blogowego posta nie muszę i chwała ich rodzicom za inteligentne geny! Pokusiłam się jednak o jasne przedstawienie drugiego dna mojej wypowiedzi dla tych, którym trzeba tłumaczyć, bo się za bardzo obrażą i zaczną zamurowywać moja fejsbukową ścianę i już nigdy, przenigdy nie zobaczę jak ich kotu ładnie wyrósł pazur w prawej przedniej łapie.

Nie przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Ludzie z dystansem nie poczują się obrażeni.