Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

2 wrz 2015

Couchsurfing, czyli czego się możesz dowiedzieć o własnym kraju.

Tak długo mi to zajęło, bo powiedzmy, że zbierałam materiały...

Przyszpanowałam z tym "couchsurfingiem", co nie? No, się zna języki...ale że blog polski, to wyjaśnię. Otóż "couchsurfera" tłumaczy się dosłownie jako "osobę w podróży, charakteryzującą się nieprzeciętną odwagą, chyba że wypowiadają się Mamy, to wtedy raczej głupotą". Przekonanie to wzięło się z tego, że couchsurfer noce spędza z osobami znalezionymi na portalu internetowym - tak zwanymi hostami, tudzież gospodarzami. Na ich terenie, ich warunkach i z ich ukrytymi szaleństwami. A szaleństwa są różne. Dla niektórych jest to ubieranie spodni bez trzymanki, dla innych chodzenie po domu nago, wieszanie skarpetek na suszarce nie do pary ( to już przegięcie...) czy też okradanie podróżujących z drogocennych pamiątek, jakimi mogą być bursztynki, bursztynki, co znaleźli je na plaży. Ale taki gospodarz jest też równie odważny, co Mamy myślą, że głupi. Bo to, że couchsurfer chce z nimi spać to jeszcze nic. To gospodarze są tymi, co się na to GODZĄ! A couchsurferzy też mogą być dziwni. Mogą nie umieć gotować lub, co gorsza, myć garów. Musisz ich zostawiać samych w domu, jeśli nocują więcej niż noc. I co - zaufasz? Zaufasz Niemcowi?! A! No bo narodowości są różne. Jak mieszkasz w Nowej Zelandii, gdzie przyjechać chcą raczej no...wszyscy raczej, to masz szansę na poznanie każdej kultury wszystkich kul ziemskich. I niby cały precedens odbywa się za darmo, ale spodziewasz się, że korzyści jakie można z tego wynieść będą bezcenne - wymiana poglądów, poznawanie ciekawych ludzi i ich kultur, szlifowanie języka, radość i szczęście. Po jakimś czasie myślisz, że świat nie ma przed Tobą żadnych tajemnic. Każdy zakątek świata jest Ci znany, wiesz wszystko o obyczajach i tradycjach z różnych stron globu. Ale czy tak jest na prawdę? Właśnie, że nie e! Bo myślisz, że tyyyyle już znasz tradycji, że chcesz napisać o tym posta na blogu, aż w końcu trafi Ci się taki couchsurfer, co myśli, że wie tyle, ile Ty myślisz, że wiesz. I on Ci teraz opowie o POLSCE! Ale jak on Ci opowie, to Ty się nawet nie spodziewasz! I teraz uwaga, bo idzie historia na faktach. Autentycznych. Otóż zgodnie z jego wiedzą w Polsce tradycją jest, by to mężczyzna z miłością w oczach usługiwał swojej kobiecie dzień i noc. By prowadził dom, jednocześnie wciąż się kształcąc, żeby się nie musiała za niego wstydzić, ale i oczywiście samodzielnie zarabiając na utrzymanie swojej słodkiej księżniczki, co to nic nie robi tylko leży i pachnie. Tudzież śmierdzi, bo jak nic nie robi i to pewnie się też nie myje. Taka prawda o Polsce została zaprezentowana Brazylijczykowi przez Polkę, mieszkającą ze swoim Polakiem-niewolnikiem w Australii. Następuje pytanie - Łodefak!? Znam tradycje świata, a nie znam polskiej!? Ja nie znam?! Znaczy się no wiem, że jakieś tam emancypatki-szalone-feministki, co to jeśli mają swoich partnerów to prowadzą ich na smyczy istnieją, ale nie traktowałam tego zjawiska jako tradycji. Zastanawiałam się raczej czy ta kobieta jest w tej sytuacji bardziej suką, czy ten facet bardziej dupą wołową. Ale że u nas to tak zawsze i wszędzie? Zresztą, jestę socjologię to przecież wię - to dominacja mężczyzn nad kobietami była/jest/będzie wręcz problemem społecznym, czyż nie? (mężczyźni proszeni są o odpowiadanie sobie na to pytanie). Powiedzmy, że jest po prostu różnie. Kwadratowo i podłużnie. A zatem kobieto, puchu MARNY! Od siedmiu boleści ambasadorko polskich obyczajów, oświeć mnie, co Ci się stało z głową? Upadłaś na jeszcze polski, czy już australijski beton? Rób sobie ze swoim chłopem na co Ci pozwoli, ale nie obrażaj ich wszystkich. Polak nie może być babą w oczach innych facetów świata bardziej niż prawdziwa baba! Nie, żebym chciała być bitą kurą domową, co to to nie! Ale chodzi o to, że taki Brazylijczyjk potem jedzie do domu i opowiada kolegom, że Polki to zimne i wyrafinowane dupne królewny, a Polak to ciul i się daje im wykorzystywać, i tak już z dziada pradziada. Tosz to nie o taką Polskę walczyliśmy! Znaczy się oni walczyli. Owszem, Brazylijczyk też zje...zawalił, bo szybko wszystko łyknął, jak młody rekin, ale na szczęście udało się go szybko wyprowadzić z błędu ( "Dziewczyno, przynieś mi telefon z góry!" "Już pędzę, Chłopaku!") i teraz pewnie opowiada kolegom, że w Polsce kwitnie równouprawnienie, kobiety dostają dziennie kwiaty, a mężczyźni lody czy inny deser. Ale po takim spotkaniu, po takiej rzekomej prawdzie, której się dowiadujesz o swoim kraju, nie znasz niczego. Wszystko co opowiadało 70 innych couchsurferów mogło być zbieraniną ich poglądów, a nie ich tradycji. Ich charakterów, a nie kultury. Cała zbieranina wiedzy na marne. Chyba trzeba będzie jednak jeździć po tym świecie...no najgorzej. Bo couchsurferowe poznawanie kultur przez pryzmat jednej czy trzech osób nie działa. Zakazać niektórym się w ogóle udzielać! Fajnie, niech couchsurferzy przyjeżdżają, zawsze jakaś atrakcja, emocje. Może a nóż widelec lubią pobiegać nago po mieszkaniu. Ale Polka z Australii otrzymuje ode mnie karnego kutasa i z liścia w twarz za wciskanie kitu lub tylko ocenianie całego otoczenia z perspektywy samej siebie. Otwórz oczy szerzej...Krowa! Znaczy się...kropka.

14 mar 2014

Podsumowanie.Roku.vol.3.Wreszcie

Mobilizejszyn nadejszła.

Październik

Jako że już marzec następnego roku, muszę się mocno wysilić, by coś sensownego z październikowych otchłani mojego mózgu wyciągnąć. Albo go zatem przepiłam (październik, nie mózg), albo skoczyłam do wody na główkę i wszystko zapomniałam. Skakać do wody na główkę nie nauczyłam się nigdy dotąd, więc śmiem twierdzić, że to nie ten wariant. Pierwszy nie przypadł mi do gustu, więc nawet jeśli tak było, to i tak oficjalnie muszę zwalić winę, dla potomnych, na coś innego. Stres przed listopadem i wyprawą na Filipiny. Tak! To na pewno to! Pamiętam, że w trakcie zaznajamiania się z tym, co może mnie spotkać, odnosiłam wrażenie, że moja wrodzona zdolność racjonalnego myślenia ewidentnie się popsuła. Odeszła na zawsze...<minuta ciszy>. Otóż między innymi czekało nas w moich wizjach przede wszystkim rozbicie samolotu. I to najpewniej najpierw by go porwano, potem zacząłby się palić, a następnie traciłby wysokość, aż ostatecznie opadłby na dno oceanu. Jeżeli cudem byśmy ocaleli ( a na pewno byśmy wpadli do wody na główkę i wszystko zapomnieli), prędzej czy później dopadła by nas malaria. Gorączka, wymioty, biegunki, wypadanie włosów, dreszcze...Jednak choroba wyszłaby na jaw dopiero po porwaniu nas dla okupu, bo mafia filipińska myślałaby, że jesteśmy bogaci. Tyle że oni by nie wiedzieli, że w samolocie nas już zdążyli z wszystkiego okraść. Jakby się dowiedzili, że nic nie mamy poza rozwijającą się w szalonym tempie malarią, to by nas wypuścili. Nie moglibyśmy jednak wylecieć z Filipin, bo w samolocie ukradli nam przecież i paszporty, więc przypominając sobie co my właściwie tu robimy( no bo skok na główkę...), zginęlibyśmy pod gruzami jakiegoś budynku z kartonu w wyniku najsilniejszego od wieków trzęsienia ziemi. Co mną kierowało, by jednak polecieć? Najwyraźniej uznałam, że przyda się pozostałym wyprawowiczom ktoś z proszkiem do prania w płynie.

Listopad

Jasna sprawa, nie zginęliśmy. Mój gaz łzawiący, który miałam wszędzie nosić, a nawet planowałam czasem z nim spać, leżał cały miesiąc na dnie plecaka niedotknięty. W samolocie moglibyśmy umrzeć jedynie z przejedzenia, bo catering mieli tak bogaty, że zastanawiałam się, czy nie zabrać na wynos. W gazecie arabskiej, o którą z Ola poprosiłyśmy bo co?! Bo z Europy i już arabskiego nie znamy?! Żaden Times, dawać nam tu robaczki! Pooglądałyśmy obrazki, no i mogłyśmy pakować jedzenie...Oczywiście nie wzięłyśmy - wpakowałyśmy je w siebie na siłę, bo brakłoby miejsca w plecaku na ładny kocyk w kratkę! Aha. Pragnę zaznaczyć, iż przelot tych zaledwie -naście tysięcy kilometrów, był moim pierwszym w życiu. Start i lądowanie okazały się nie być najprzyjemniejszymi momentami podróży, ale dla widoków z okna ( i jedzenia ofkors) mogłabym duuuuuuuuuuurś startowac i lądować, startować i lądować...

Lecieliśmy samolotem kilka razy, bez większych tragedii. Nawet szkoda, bo siedziałam raz przy wyjściu ewakuacyjnym i odczuwałam silną potrzebę wykazania się w razie katastrofy...jak podróż może człowieka odmienić...no ale niestety, jak na złość, żaden silnik się nie urwał. Nieszczęśliwy los miał jednak szansę się do mnie uśmiechnąć, bo nic tak wyprawy nie upiększy, jak tajfun w historii największy! Tyle że niewiele z nim mieliśmy do czynienia, bo nie dotarł do miejsc, w których w tym czasie przebywaliśmy <klops> Ale nie powiem, o śmierć się ocieraliśmy! I to dosłownie, bo zwiedzaliśmy jaskinię w Sagadzie, u wejścia do której chowano dawniej zmarłych. Zrobiliśmy sobie nawet sweet focie z trumnami, z czego właściwie jak na nie patrzę, to nie wiem czy się cieszyć. Niezbyt korzystnie wyszłam. Jakoś blado.

Całe życie przed oczami przelatywało mi w naziemnych filipińskich środkach transportu. Tamtejsi kierowcy, daję głowę, uczęszczają na kursy bycia obojętnym na wszelkie niebezpieczeństwa na drodze. Czerwone światło służyło jedynie ubarwieniu dróg, każdy chyba MUSI tam trąbić, titać, hałasować. Ludzie na drodze? - nieważne. Przepaść we mgle, a droga wąska na szerokość mojego przedpokoju - nieważne! Jak zginąć to razem! Na szczęście nie było nawet czasu, by zastanawiać czy faktycznie jestem w stanie zgodzić się na to poświęcenie dla grupy...Tyle do obejrzenia! Tu widok, tam widok, tu ludzie, tam ludzie <wiem, brzmi jak wszędzie>. A że szybko tam TRZEBA jeździć, wszystko wyłapałam wzrokiem, ale kosztem zdrowych oczu i teraz mi latajOM jak zepsutej lalce.

Jak zepsuta czułam się zresztą na Filipinach też! Bo jak można...kto chodzi z katarem po mieście przy niezmiennej temperaturze 30 stopni Celsjusza...? Katarem? ba! Z olbrzymią powodzią smarków!! A potem i kaszlem, bo nosem oddychać nie można, to se człowiek jamę ustną suszy jak z jęzorem wywalonym biega od apteki do apteki. Z tego wszystkiego potem i gorączka przychodzi i już już...i byłaby malaria. Na szczęście świadomość, że Chłopak posiada silne przeciw niej leki, pomogła mi dość szybko i także tym razem wywinęłam się śmierci....

W tym miejscu sama siebie powstrzymuję się przed pisaniem więcej i więcej...bo śmierć niechybnie spotkałaby mnie przed komputerem, od którego nie umiałabym się oderwać, albo w końcu brakło by miejsca na moje wywody w Internetach. Także szybki wniosek - oby groźba takiej śmierci, jakiej się wiecznie obawiałam, wisiała nade mną częściej. Adrenalina, pokonywanie granic, szukanie rozwiązań, płukanie zębów Spritem, podróżnicze kłótnie - jestę spakowana, siedzę i czekam <zerka niecierpliwie na zegarek>. 

Tymczasem, jak wiemy został mi jeszcze

GRUDZIEŃ

Pominę fakt, że największym minusem wyprawy, było jej zakończenie i to, że leciałyśmy do Polski z Olą same, a Kudłaty i Chłopak zostali, by lecieć jeszcze dalej...a przecież oni mieli ze sobą GOPRO i nasze zdjęcia, filmiki... wspomnienia! <głęboki szloch>. I jeszcze małe małpki tarsierki mieli zobaczyć<jeszcze głębszy szloch>. No i takie tam jeszcze szlochy, bo niewiadomo kiedy znowu całowanie i takie inne, o których nie będę pisać, bo się wstydzę, a zresztą intymności i uczuć bronić przed mediami będę zawsze! Paparazzi - no foto, plis...

Jest jednak taki bohater grudnia, o którym wspomnieć tu muszę. Nie potrafi jeszcze czytać, więc kurcze, nie będzie mógł mi podziękować za umieszczenie go w zaszczytnym, puetnującym miesiącu, ale nadejdzie ten dzień! Moim bohaterem miesiąca jest Dominik. Mały, dzielny, silny, uśmiechnięty i wytrwalszy od niejednego dorosłego. Przydzielam mu grudzień, gdyż wtedy miałam okazję zobaczyć, jak w końcu, po wielu przejściach, śmiesznie przebiera nóżkami między krzesłami, stołem, a tłumem dorosłych. Jak biega od Mamy do Taty, a ten widok dawał im tyle radości, że widząc ich miny, chciałabym, żeby Dominik nie przestawał biegać, dopóki by nie zemdlał ze zmęczenia <3 Poruszył mnie bardzo, nie będę ściemniać. I nie dlatego, że jak biegał, to nie wyhamował i we mnie wpakował. Po prostu dlatego, że jest silnym chłopczykiem. A Iwona i Paweł są silnymi rodzicami. W moich oczach cała trójka zasługuje na jakieś wyróżnienie, a jedno co mogę najmilszego zrobić, to wspomnieć o nich z miłością na moim skromnym blogu, by te kilka osób, co tu zagląda wiedziało, że czeba być twardym, a nie miętkim!

I idę sobie teraz szlochać ze wzruszenia, bom w końcu twarda jak skała.

3 sty 2014

Podsumowanie.Roku.vol. 1

Halo? <ściąga pajęczyny z nadzieją> Jest tu kto? Znaczy się...po co tu, człowieku, paczysz ?! Przecież tu nic, tylko skurzone koty ( brzmi jakbym miała na myśli koty po dżojncie) wyścigi urządzają, bo tyle pustej przestrzeni z braku postów mają. I świętują jak gupie, jak wygrają...właściwie nie wiadomo co, bo co taki kot z kurzu może wygrać? Tańczą, śmieją się, gratulują, sweet focie na kwejka wrzucają. Potem ludzie to udostępniają, lajkują.."o, jaki kotałke!" A nikt nie wie, że to są koty z mojego bloga...

Ale nie o to, nie to, trochę jakbym od tematu odbiegła < odkłada dżojnta pożyczonego od kota> ...Nowy rok! Podsumowanie roku 2013 szoł mast gołon. Vol. 1

Styczeń

Wielki moment-oto wkraczam w erę 25-tego roku życia, nazywaną Ćwierćwieczem, z czego (wiem, że nie, ale trochę poniekąd jakby się zastanowić, to tak ) wynika, że to ćwiatrka mojego całego wieku, czyli że standardowo jest mi dane100 lat życia, czyli tylko 75 mi zostało. Niedobrze, bo jeszcze niczego nie odkryłam. Obawy przed odejściem niezapamiętaną przez ludzkość pogłębia myśl, że ostatnich 25 lat życia nie mogę zaliczyć do tych, że tak powiem, prężnych. Zamiast skupiać się na dokonywaniu rewolucji w dziedzinie czegokolwiek, bo wielkich ambicji nie mam, żeby od razu w nauce, to będę raczej próbowała sobie przypomnieć niewinne lata młodości, a i z tym pewnie będę miała problemy. I nie dlatego, że do niewinności im daleko. Tylko kolega Alzheimer mi nie pozwoli. Nigdy Niemców nie lubiłam...Tak że zostało 25 lat. Mało. Ta oto świadomość towarzyszyła mi przez cały miesiąc, czyli, jak dziś wnioskuje, nic mądrego do roboty nie miałam.

Luty

Jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie w lutym zrobiłam niespodziankę, miało być, że Łukaszowi, ale się kapnął ( taaaaaki bystry  <3 ), więc uznajmy, że mojej skórze na stare lata - tatuaż. Magda mi towarzyszyła, sama chciała tatuaż, ale preferowała wersję naklejaną z chipsów niż wkuwaną. Chciała się przekonać prawie na własnej skórze, że nie może być tak źle, więc pytała czy boli. Myślałam, że jestem przekonująca, jak mówiłam, że nie bardzo. Najwyraźniej nie byłam. Magda do dzisiaj nie ma tatuażu...

Marzec

Trzeci miesiąc, trzecia sprawa w sądzie o trzy stówy i trzeci raz odwołać się już nie mogłam. Za dużo gadania, a ponoć źle opowiadam, więc nie będę wchodzić w szczegóły, ale żeby było jasne, walczyłam ze Strażą Miejską w Rudzie Śląskiej, nie polecam, od prawie dwóch lat. Racji nie mieli, a nie będzie mi Niemiec w kasze dmuchać, chociaż wole mięso! Zaczęło się od tego, że nie przyjęłam mandatu, a co?! Mam prawo! Potem pismo z wyrokiem mi nie przypadło to gustu, to jazda z nimi! Odwołanie, pyk! I sprawa, pyk! Groźba większej kary, ale kto bogatemu zabroni? Ja nie mogę?! I wyrok - pyk pyk pyk! Przegrałam! Ha, w to mi graj!Więc znowu odwołanie, ooo nieee!! Takie sOM?! Nie dam się - tu dowody, to opinie znawców, tu pismo z urzędu, tu apelacja na szóstkę...Tak, moi drodzy. Cały Świat był po mojej stronie. Ewrybady pomarańcze mi pomagali. Właściwie na salę rozpraw wchodziłam i mówiłam zadufana "dobra, dobra, i tak wszystko wiadomo, kończmy szybko - możecie mnie zacząć przepraszać". Ale Pani Sędzia niedosłyszała. Rzekła mi, że Absurd i Niekompetencja rządzą światem. Że choćby cały Kodeks udowadniał, że mam rację, to Ona i tak musi ręką rękę umyć. Co prawda wyrok złagodzono do nagany, ale koszta postępowania musiałam pokryć. Większe niż mandat, którego nie przyjęłam. Kiepski bilans. Ale nie poddałam się bez walki i Straż Miejska nie zobaczyła ani złamanego mojego grosza! Chłopak ze mną na salę wchodził, Pani Sędzia krzyczała, że się na niego patrzę...a co nie!? Mój Chłopak, to się będę paczeć kiedy chcę! Magda i Kudłacz też jeździli ze mną na te wycieczki...warto było. Że zacytuję Kudłacza " Michasia chciała przeżyć przygodę, to se mandatu nie przyjęła." A może za moje pieniądze Wymiar Sprawiedliwości będzie łapał prawdziwych przestępców <patrzy tępo w dal>?

Kwiecień

Nie przypominam sobie tego miesiąca, chyba go w tym roku nie było.

Maj

Miesiąc zakochanych, czyli Łukasz leci do pracy Szwecji...w dzień wylotu zawsze przeżywam rozstanie, jakby jechał na ciężką wojnę bez żadnych perspektyw na wygraną, a mnie zostawiał z trójką krnąbrnych dzieci i gospodarstwem do prowadzenia w samotności i w dodatku z chwastami. Oczywiście, w miarę upływu czasu dzieci okazują się nawet spokojne, gospodarstwo się jakoś kula, zdarzy się nawet jakaś przepustka, aż wojna się kończy. Najważniejsze, że każda rana do wesela się zagoi i żyli długo i szczęśliwie i bogato i durś <3

Czerwiec

łałałał!! Ale super było! Gdańsk, koncert Bon Jovi, lato, morze, namiot, Chłopaki Łukasz, BJ i Kudłacz, wakacje. Może nie jestem super fanem Bon Jovi, ale nie o to chodziło! Chodziło o to, że BJ wie o nich wszystko i że chcieliśmy gdzieś jechać wszyscy i że chcieliśmy na koncert i że nad morze i pod namiot i w czerwcu i tak się złożyło wszystko ;) I że mamy na pamiątkę dwa takie plastikowe plakaty z informacją o koncercie, które zwykle wiszą na latarniach. I że nigdy nie byłam na takim koncercie. I że to wszystko razem i żebym się czasem nie zesrała, jak to mówi Kochany Tatuś. I że zalało nam namiot i że trwało to krótko, aczkolwiek intensywnie i przyjemnie. Oby częściej. Najlepiej jakby się zrealizował plan " Te, za dwa dni w Madrycie". Losie, proszę.

c.d.n, bo co za dużo po takiej przerwie to niezdrowo.





13 cze 2013

post.kojarzony.z.Gitarą.

Wszystko kojarzy mi się z Jednym.

Zwłaszcza teraz, gdy już od miesiąca szkolę się z cierpliwości. A im dłużej ta szkoła trwa, tym bardziej okazuje się, że jestem daremną uczennicą. Stopnie to mogę liczyć chyba jedynie w celcjuszach, bo mam coraz większą gorączkę i na niczym skupić się nie umiem. Otóż ledwo co się obudzę już mi się zaczyna kojarzyć. Idę na spacer z kotem - Gitara nie lubi kotów. Jadę do pracy - w pracy mogę zjeść pizzę. Na przykład z chilli. Gitara lubi chilli. Idę na zakupy - wydaje pieniądze. Gitara lubi pieniądze. Włączam YouTube - muzyka za głośno - Tata mówi, żebym ściszyła - zakładam białe słuchawki - Gitarze zepsuły się w Szwecji słuchawki, tylko że czarne...I tak w kółko! No i nic złego by w tym nie było, gdyby nie to, że za każdym razem mam ochotę się z Nim skontaktować. Zdrowy rozsądek i Mama podpowiadają mi, że mogę Mu tym przeszkadzać w pracy czy coś...i muszę się powstrzymywać. Stąd ta gorączka.

Ukojenia szukałam na przykład w Krakowie. Miał być babski wypad z zamiarem alkoholowego sponiewierania się (słyszałam, że ten często stosowany zabieg oczyszcza umysł i ciało), a skończyłoby się tragicznie. Decydując się na półgodzinny rejs po Wiśle za 10 zł żadna z nas nie sądziła, że może być on naszym ostatnim, na dodatek jeszcze przed sponiewieraniem się! 15 minut rejsu za nami i za jedną z większych atrakcji można uznać fakt, iż w podobnie zawrotnym tempie 12 km/h minęła nas ciut większa łódka z prawdopodobnie Niemcami. No super relaks. Obecność Niemców odkrywam po usłyszeniu gorliwego "ja!ja!ja!". Niewykluczone jednak, że krzyczącym był odważny Polak. Kapitan pewnie zapytał z nudów, czy ktoś chce poprowadzić, bo jemu się nie chce i ten się tak wyrwał...i rozgryzając tę niedającą mi spokoju zagadkę, tempo fal mózgowych dostosowało mi się do tempa fal wodnych. Coraz wolniejszych, jednostajnych i otumaniających. Tak! Nie myślałam...Udało się, gorączka jakby trochę zmalała, mózg wyłączył...I gdy już totalnie tępym wzrokiem dostrzegłam spanikowanego kapitana naszej łajby i wytarłam ściekającą z brody ślinę, sytuacja okazała się zbyt poważna, by nie zacząć krzyczeć z kapitanem! "Halo, pomocy...POMOCY!!". Nie wiedziałam jeszcze co się stało, ale się bałam na wszelki wypadek. "Pękła linka, nie mam sterowania!" Nagle dotarł do mnie tragizm sytuacji...Wszyscy zginiemy! Bez prowiantu, na środku rwącej rzeki, z jednym wiosłem. To koniec... " Tylko nie teraz...nie teraz...Obym nie zginęła! Skakać do wody, czy nie skakać?! Jeszcze mnie Łukasz nie widział w takiej fryzurze! I czy przekazałam Mu, że w razie czego chcę, by mnie spalono..?! Zresztą po co Mu ta wiedza, jak i tak tu utonęęęę!".  Ze strachu zapomniałam, że nie znam alfabetu Morse'a i w biały dzień próbowałam telefonem dawać znaki świetlne chińskim turystom stojącym na brzegu rzeki. Nie zczaili mojego przekazu - zrobili mi zdjęcie -.- NO NIE! A takie niekorzystne światło...zerkam na wszelki wypadek kątem oka czy inni pasażerowie też mogli wyjść nie-za-bardzo i co widzę!? Wszyscy się śmieją, radość płynie z oczu każdego pasażera, NIE WIERZĘ!. "Taki spokój, a ja już Łukasza przed śmiercią nie zobaczę?!". Rozglądam się nerwowo w poszukiwaniu choćby jednej łkającej osoby i oczyma przygotowanymi na potok łez, które z pewnością zalałyby całe dno łodzi, bo NIKT nie podzielał moich obaw, dostrzegam wybawców. Łódka "Zbyszek" stanęła na wysokości zadania. Uratowano nas. Ciężka akcja ratunkowa trwała 95 sekund. Odholowano nas do brzegu dopiero po kolejnych 40 minutach rejsu w ramach rekompensaty...trochę za długo, tam i z powrotem, tam i z powrotem...Ale! Zaoszczędzone jakieś 30 zł. Jestem do przodu. Zawsze to jakieś pieniądze, a co ? A Gitara lubi pieniądze.!

<3


29 lis 2012

wygodnicka, fuj!

Jestem dobroduszna, bo czasem pożyczam bardziej niż ja potrzebującym w danej chwili auto. Jasne, przejadę się autobusem - myślę. Dobrze mi zrobi jak się trochę od przystanku przejdę - myślę...Na zdrowie wyjdzie. Nie jestem przecież uzależniona...

I wystarczy, że spojrzę na podjeżdżający autobus i moja wizja spokojnej i zdrowotnej wycieczki szczęśliwością na kółkach zamienia się w niekończące się pasmo przykrych spostrzeżeń i walkę z chęcią wybiegnięcia z autobusu w trakcie jazdy na maskę najszybciej jadącego samochodu. Byle by poczuć jego bliskość i zaspokoić tęsknotę za środkiem transportu mieszczącym zazwyczaj maksymalnie 5 osób i to jeszcze tych, których znam i zdarza się, że lubię.

Najgorzej, jak autobus jest pusty. Mnóstwo wolnych miejsc. Nie dość, że muszę się zdecydować, to jeszcze, jak już się skuszę na któreś, okazuje się być brudne i w pobliżu pasażera, który boi się wody. I bynajmniej nie mam na myśli wody w jeziorze, a raczej w wannie. No ale nie będę się przecież przesiadać z miejsca na miejsce, tak jakby mi żadne nie pasowało...cierpliwie czekam na następny przystanek - może mnie ktoś siłą z tego fotela zrzuci. Obserwuję z nadzieją, ale w babciach i dziadkach nie dostrzegam potencjalnych zrzucających z użyciem przemocy. Natomiast pasażerowie młodszego pokolenia nie tylko nie chcą mnie zrzucać. Totalnie mnie nie zauważają! Nikt im nie przeszkadza, zachowują się bardzo swobodnie. Opowiadają szkolne tudzież podwórkowe przygódki coraz głośniej, jakby się spodziewali oklasków od zmuszonych do ich słuchania współtowarzyszy podróży. Nikt jakoś nie jest skory do owacji, nie wyczuwam też szczególnego zwrotu akcji w najbliższych minutach...A jednak! Na kolejnym przystanku wsiada już tyle osób, że brakuje miejsc siedzących. Akurat wtedy kiedy zdążyłam się do mojego bardzo przywiązać! No ale widzę pana na moje oko 230 lat, więc proponuje mu, że go przeniosę na moje miejsce, bo sam pewnie nie da rady. A on albo się obraził, albo wcale nie miał 230 lat. W każdym razie nie chciał siedzieć. Ja nalegam. On odmawia. Ja proszę, on dziękuje. I tak się próbujemy przez chwilę grzecznie przekonywać do swoich racji, gdy dostrzegam 15-latkę w zielonej kurtce, która chce jako trzecia skorzystać, skoro się z dziadkiem biję. O nie! Szybko siadam, dziadek jednak lekko rozczarowany, ale trudno. Stracił szansę...Moje zmysły pracują na najwyższych obrotach. Obserwuję i...A ha! Grupka starszych pań najpierw zabijając wzrokiem grupkę młodocianych i nic nie osiągając, bo przecież oni są w tej chwili na scenie i światło reflektorów ich oślepiło, zmierza w moją stronę. Nie wiem czy im się wydaje, że całą szóstką zmieszczą się na moim śmierdzącym fotelu, czy też biorą udział w jakimś wyścigu, aczkolwiek sprawiały wrażenie bardzo zdeterminowanych, dlatego wolałam za wczasu uniknąć zderzenia. Szybko wstaję, kontroluję czy mam torebkę i oczom nie dowierzam, bo na moim miejscu przygotowanym dla sześciu starszych pań - 15-latka w zielonej kurtce! Wygrała ze mną. Małpa. Babcie hamują, lamentują, szukają nowej ofiary. A ja szukam wolnej rurki, żeby nie musieć utrzymywać równowagi dzięki plecakom autobusowych gwiazd. Jak na ironię losu, nie słyszę nic poza chyba wyrwanymi z kontekstu słowami. Myślałam, że nikt publicznie się tak nie wyraża bez przyczyny! Przez sekundę mam nadzieję, że dyskutują o pochodzeniu polskich wulgaryzmów i ich roli w literaturze, ale szybko przekonuję się, że cały ich scenariusz jest nieocenzurowany. Praktycznie każde słowo. To nie jest żadna dyskusja. To jest...straszne!

Na szczęście Tadeusz do spraw beznadziejnych wysłuchuje czasem modlitw i mój przystanek nadchodzi. Znerwicowana, zbulwersowana i zmęczona o 8 rano, docieram do celu.

Życie jest ciężkie, a ja paskudnie wygodnicka. Fuj!

25 lip 2012

ciemność, widzę.ciemność.

O rzesz! mój blog...blogusiu mały, cichutki, nic nie mówisz, że się kurzysz...jeju! Nie, nie. Nie zapomniałam. W życiu! Nigdzie indziej przecież tak często nie używam backspace'a. Nawet na facebooku! Przepraszam. Przyznaję, pogubiłam się.

Nie wiedziałam za bardzo gdzie jestem. To znaczy - w którym pokoju. Niewiarygodne jak ogromną powierzchnią może być 48 metrów kwadratowych, gdy zapada w nich totalna ciemność...

Tym razem o 2.10 wychodzę z samochodu. Wyszłabym o 1.55, ale zaparkowanie w środku nocy nie jest takie łatwe...i nie że tyle samochodów, że miejsca nie ma, nie. Miejsca, wydawało by się, w brud! Tylko drzew za dużo i liście z nich na auto mogą spadać i zatykać wszelakie otwory. No i ścieżek dla pieszych też za dużo. Potem ktoś pójdzie, zahaczy, chyba obcasem, nie wiem...i na pewno porysuje lakier. Wzdłuż chodnika też lepiej nie parkować, bo inne samochody, przejeżdżając, bardzo brudzą moje auto. Po 10 minut obliczania prawdopodobieństwa wystąpienia jakiegoś nieszczęścia z moim samochodem w roli głównej,  zastanawiam się, czy Peżot zmieści się w piwnicy. Jako że nie mam niestety przy sobie do niej kluczy, parkuję właściwie na ultranieryzykownym boisku do koszykówki, prawie wybiegam z auta, żeby nie zdążyć zmienić zdania co do jego położenia i..się zaczyna!

Nic nie widać....całe osiedle pogrążone w ciemności. Zero działającej latarni, żadnego światła z okien, na przejeżdżające samochody z reflektorami na boisku nie ma co liczyć. Pierwsza myśl - pułapka! Rozglądam się, no ale - nic nie widzę. Uruchamiam zatem drugi zmysł - nasłuchuję. Nikt nie nadchodzi...bosze! nikt mi nie pomoże! Uruchamiam trzeci zmysł - "ciesz się, że nikt nie idzie i weź do ręki telefon.". Biorę do ręki telefon, rezygnuję z dzwonienia po Łukasza, ze Szwecji ma daleko, więc postanawiam jedynie oświetlać sobie nim drogę...niech szlag trafi osobę, która kazała mi ustawić wygaszanie ekranu na co 10 sekund! Ale jest dobrze, widzę już swoją klatkę schodową. Teraz klucze. I co tu zrobić - trzymać telefon w jednej ręce, torebkę w drugiej i nie umieć wyciągnąć kluczy, czy schować telefon, ryzykując utratą jedynej nadzieji na przeżycie i wyciągnąć klucze!!?? aaaa!! od dzisiaj kluczę będę nosić na szyi.

No i tak jak przypuszczałam, cały świat został odcięty od prądu - włącznik światła na sieni nie zadziałał...no nic, trzeba się ratować - 25 schodów pokonałam z dziecinna łatwością. Gdy byłam kilka lat temu dzieckiem przechodziłam po nich milion pięćset razy dziennie - znam je na pamięć. Skoro więc schody były takie łatwe, to mieszkanie tym bardziej. Zapomniałam o telefonie specjalnie - przecież to mój dom! Nie będę potrzebowała żadnego tam światła. NIC BARDZIEJ MYLNEGO!

Przedpokój ciągnął się w nieskończoność. Czy ja aby na pewno weszłam do siebie do mieszkania ? Toż to jakiś pałac! Uruchamiam kolejny zmysł - no jednak mój przedpokój - ręce, które macają mówią, że drzwi z szafy te same. Ale gdzie ta kuchnia?! W kuchni schowek, w schowku świeczka, potem będzie z górki. Skręcam w prawo. Stopami wyczuwam dywan, czyli że to jeszcze nie kuchnia. Zawracam. Stopami wyczuwam ogon, czyli że to moja kotka. W końcu znowu skręcam, by uderzyć najpierw w krzesło, potem w stół, potem znowu wyczuć kotkę i potem zrezygnować z szukania świeczki, tylko zawrócić i przejść od razu do łazienki. Zamykam się, żeby kotka nie weszła. Mam małą łazienkę - wystarczy że się obracam wokół własnej osi i do wszystkiego mam blisko, więc nic mi tu nie grozi. Wanna okazała się być jednak bardzo wysoka, a potem głęboka. Myślałam, że wpadam do oceanu. Wzięłam szybki prysznic, nie wiem czyją gąbką się myłam. Wychodząc z wanny wyczułam, że zalałam całą łazienkę i że kotka jednak zdążyła wejść. Nie wiem czyim ręcznikiem się wytarłam i czyją szczoteczką myłam zęby. Nie wyczułam gdzie zostawiłam swoje rzeczy, więc olałam sprawę, jutro się je weźmie, teraz nie ma czasu, bo zaraz będzie 4 rano, trzeba iść spać. Do pokoju szłam wydawało mi się, następne 1,5 godziny. Ale telefon! Leżał niewinnie gdzieś w torebce. O nie! Nie poddam się! Bez telefonu nie zasnę! Różnym ludziom przytrafiają się różne historie w środku nocy, trzeba być pomocnym 24/7 - idę! Najwyraźniej los nie mógł już dłużej przyglądać się mojej nieporadności, bo telefon znalazłam bardzo szybko. Albo to uzależnienie mnie prowadziło. Z troską nacisnęłam klawisz, by oświetlić sobie drogę do łóżka i jestem pewna, że przynajmniej na chwilę oślepłam z tej jasności. Znowu po omacku, ale w końcu  doszłam do łóżka.

Morał tej opowieści jest prosty i wszystkim znany - tyle w nas samodzielności, ile światła mamy!

24 lis 2011

Mandarynki.


Mandarynki są ponoć najseksowniejszymi z seksownych owoców.
Czyżby ?

Trzymam w rękach torbę podróżną, która z każdym kolejnym wyjazdem do Krakowa jest lżejsza. Nie tylko dlatego, że zawsze czegoś zapomnę. Tu chodzi o taktykę – taktykę dopychania się. A to nie jest takie łatwe! Od półtora roku jeżdżę do Krakowa regularnie, ale za każdym razem odnoszę wrażenie, że kierowca będzie rozdawał coś za darmo. Bo ludzie się pchają i pchają…autokar jeszcze nawet nie podjechał, a oni się już pchają i pchają…Ja mam zwykle rezerwację, dlatego pcham się przy krawężniku. Nie chcę za bardzo, ale może dzisiaj faktycznie jest jakiś bonus? I stoję z tą torbą i się męczę, żeby mnie nikt nie przewrócił albo co gorsza – zrzucił z krawężnika! Wtedy koniec, nie wróciłabym na swoja pozycję – nikt by nie ustąpił. I z tej złości, że ludzie mogliby być tacy nieuprzejmi, pcham się jeszcze mocniej.

Kiedyś się nie dopychałam. Liczyłam, że popłynę z tłumem, bo taka byłam ściśnięta, że nie musiałam ruszać nogami, a i tak jakoś docierałam do wejścia...i już byłam zadowolona, że się udało! Że ci ludzie mi właściwie pomogli, już chciałam dziękować ściskającym...gdy nagle przed drzwiami mnie puszczali,  sami szybko wskakiwali do autokaru, a ja nie zdążyłam podziękować. Nie zdążyłam też wejść. Trudno, podziękuję im kiedyś indziej. 

Najdziwniejsze jest jednak to, że ludzie się pchają nawet jeśli nie ma tłumu. Każdy wszedłby 3 razy do autokaru, mógłby usiąść. Ba! Rozwalić się na 4 miejscach i spokojnie zajechać. Ale nieeee – to chyba jakaś tradycja. Dwie osoby wchodzą do busa i przez 10 minut MUSZĄ się bić o wejście, bo pan kierowca pewnie nie ruszy…a potem siedzą obrażeni na końcach autokaru i ani z kim pogadać, ani paluszkami poczęstować…

Niech zatem mój przyszły towarzysz podróży się nie dziwi, że w autokarze dyszę przez pół godziny od wejścia. Uzupełniam płyny i ścieram pot z czoła. Niech się też nie dziwi, że z lekką paniką w oczach spoglądam w stronę innych pasażerów, czy czasem nie będą chcieli mnie zrzucić z mojego miejsca siedzącego! Nie dam się! Ja muszę spać, uczyć się, podziwiać widoki, pisać smsy…dużo muszę, nie dam się!

Okazuje się, że nikt nie chce mnie zrzucać. Czuję się wręcz lekceważona z moimi obawami. Zastanawiam się czy nie zaczepić dla pewności pani stojącej przy mnie – „Niech pani nawet o tym nie myśli!” – ale rezygnuję, bo emocje zaczynają opadać. ..jeszcze tylko pomacham złośliwie tym, którzy się nie zmieścili i mogę oddać się podróży.

Uczyć się czy się nie uczyć i spać ? Sekunda wahania – spać. Przyklejam głowę do szyby, torebkę wkładam do kieszeni, żeby nikt nie ukradł. Torbę podróżną też próbuje włożyć do kieszeni, ale się nie udaje, więc zostawiam ją sobie na kolanach. Dojeżdżamy do autostrady, więc droga jest jednostajna, zasypiam. Dostrzegam jeszcze kątem oka, że pan obok mnie też zasypia. Z tą jednak różnicą, że zasypia trochę głośniej…dobra, poczekam, może trafimy na dziurę, to się obudzi. Czekam i czekam, i nie śpię. No jak na złość spotkało nas cudowne zniknięcie wszelkich dziur drogowych! Tymczasem mnie zaczynają wibrować włosy od chrapania pana obok. W autokarze już nikt nie śpi, postanawiam się uczyć. Wyciągam zeszyt. Wytężam wszystkie siły. Cały mózg pracuje na to, by chrapanie mi nie przeszkadzało – jestem tylko ja i prawo autorskie! I, o matko i córko!, udało się – nie słyszę chrapania - cisza. Pełna zachwytu dla możliwości swojego mózgu jestem już pewna, że w takim razie, skoro jestem taka zdolna, nie muszę się uczyć. Chowam zeszyt.

I oto zauważam, że to nie siła mojego mózgu, tylko głód pana siedzącego obok…nie spał już dawno - je mandarynkę. Wstrząśnięta brakiem podstaw do samozachwytu obserwuję jak się nią delektuje. Jak zrzuca obraną skórkę na podłogę, jak mlaszcze i wyciera ręce do spodni. Musiałam głupio wyglądać z otwartymi ustami i zrozpaczonym wyrazem twarzy, bo chciał się podzielić. Pech jednak chciał, że mówiąc przegryzł kawałek owoca z takim przejęciem, że prysnął sokiem prosto na moją kurtkę. Dżentelmen, chciał mi dać chusteczkę. Jakaś pognieciona, jakby zużyta, ale tylko raz. Już wiem, dlaczego wcześniej używał do tego własnych spodni. „Nic nie chcę!!”. Tylko wysiąść, wysiąść…!

Niewyspana, nienauczona, brudna i przy wyjściu na nowo zgnieciona w końcu wysiadam. 

Mandarynki są ponoć najseksowniejsze z seksownych owoców.
Czyżby ?
NA PEWNO NIE!