"Wyjechałaś, Michalina - jestem załamany!" , czyli jak rodzina S. radzi sobie ze stresem.
Kawowa pralinka i piasek pustyni - kolory, które powstały po to, by znaleźć się na ścianach mojego pokoju. Nie są przypadkowe - kojarzą mi się. Zasługiwały więc na osobiste machnięcie pędzlem. Na malowanie w odpowiednim momencie, z możliwością poświęcenia im należytej uwagi i skupienia. Z sercem.
Odpowiedni czas jak na złość jednak nie przychodził. Jak zawsze i na wszystko. Wiaderka, stojące w kącie niecierpliwie na mnie spoglądały, a ja wciąż idealizowałam wizje siebie dzielnie stojącej na wysokiej drabinie i jakby w zwolnionym tempie wyłaniającej spod wałka cudowne barwy...napawałam się tym tętniącym spokojem obrazem, aż przyszła nieoczekiwana wiadomość-będą goście! Za dwa tygodnie, na weekend.
się pytam - TAK SZYBKO!?
W mgnieniu oka w mojej wyidealizowanej wizji runęłam z tej przeklętej drabiny na podłogę. W maksymalnie przyspieszonym tempie. "Przecież nie zdążę !". Spojrzałam na wiaderka z farbami - bezczelnie zadowolone.
Dwa dni później do moich zadowolonych wiaderek dołączyło jeszcze kilka dodatkowych. W tacie obudził się instynkt inżyniera - "Musimy u nas też odświeżyć. Wyliczę ile potrzebujemy farby...Kuchnię też zrobimy...balkon koniecznie. Widziałem takie fajne wałki, będzie Ci się nimi świetnie malowało, Michalina. Dwa dni i mamy z głowy" .
Aha. Okej.
Jedno co miałam z głowy, to rwać sobie włosy z każdym kolejnym dniem remontu. Dwa dni...dwa dni!!?? to chyba był żart, a ja wzięłam to na serio, bo dwa dni trwało samo wynoszenie gratów z jednego pokoju do drugiego. A całe życie byłam przekonana, że mój pokój jest właściwie maleńki i pusty... "Tylko pamiętaj, Michalina -tak, żeby Kicia miała gdzie spać."
Aha. Okej, mamo...a ja?
Ja po kilku praktycznie nieprzespanych nocach zaczęłam się przyzwyczajać do swoich sińców pod oczami, a współpracownicy zrozumieli, że nie trenuje do konkursu w bodypainting, lecz wciąż mam remont i skończył się rozpuszczalnik. Przestawali się dziwić, kiedy raz po raz machałam ręką - góra-dół! góra-dół! - "wałkuj sobie, Michasiu, wałkuj...". Pamiętałam jednak o zachowaniu granicy między życiem prywatnym, a zawodowym - zostawiłam listwy przy podłodze w biurze niepomalowane. o!
Wszystko bym zniosła, jakby nie to, że kończył nam się czas. Presja, jaką odczuwaliśmy była zbyt duża. Zdrowy rozsądek i opanowanie w konfliktowych sytuacjach zupełnie nas opuściły. Wiedziałam, że tak będzie - dwa dni i z głowy - pfffff......W ostatni dzień wydawało mi się, że mamy w mieszkaniu 132 ściany, 45 okien, 325 kompletów naczyń i 56 futryn, a na dodatek ma nas odwiedzić cały tłum bacznie sprawdzających każde pociągnięcie pędzla gości. Poza tym będą całe odwiedziny głodni, bo jedzenie nieprzygotowane...To odczucie mnie dekoncentrowało. Sama bym nie chciała być głodnym gościem. Co z tego, że w świeżo pomalowanym piaskami pustyni pokoju?! Wyjeżdżałam przez to przy poprawkach na ściany. Trzeba było poprawiać poprawki. Marnowałam tak cenny czas - można było by się umyć, czy coś..."Wyjechałaś, Michalina, jestem załamany!". No nie! Jeszcze depresji taty mi tu brakuje...
CUD!
Udało się. Przyjechali i nie wpadli do wiadra z farbą, tynk na głowy nie leciał, niewyczyszczonej jednej ścianki z szafy nie zauważyli. Nawet coś zjedli.
Pominę fakt, iż na tym dancingu byłam barmanem. Nawet to przecież lubię. Że kucharką...no - tego się nie spodziewałam, aczkolwiek mam miła kuzynkę, więc poprosiła o przepis. Pominę też fakt numer 2, iż potańczyć - potańczyłam .Taksówkę pokazać - pokazałam, a nawet załatwiłam przejażdżkę. Wycieczkę zorganizować - zorganizowałam : pokażmy co z miasta najlepsze, czyli skansen zaliczony. No i pochwałę dla autobusów też usłyszałam...żyć, nie umierać w tym mieście.
A jak pojechali, to tak jakby ciszej....
Jeśli interesują Cię romanse, porady, afery, polityka, kosmetyki, ciasta, fotografia, religia i wiele innych top 10 tematów świata to mój blog nie wniesie niczego nowego do Twojego życia. A jeśli wyżej wymienione Cię nie interesują, to istnieje prawdopodobieństwo, że i Tobie mój blog nie pomoże. Zapraszam! ;-)
16 sie 2011
24 lip 2011
kochana.wieś.
Wstyd. Ponad miesiąc ciszy...Wielki wstyd! Ale biegałam, załatwiałam, nie spałam, chwili nie miałam, nad brakiem czasu ubolewałam. Na szczęście wszystko sobie już zorganizowałam, nad każdym zajęciem zapanowałam, nawet urlop sobie zaplanowałam!
I oto jestem z dala od miasta. Najzwyczajniej w świecie nic nie robię z obowiązku. Wszystko tu się dzieje wolniej : wolniej chodzę, wolniej wstaję z łóżka, wolnej płynie czas...staram się uznawać za nieistotne, że wolniej też ładują się strony internetowe, a telefon wolniej łapie zasięg...dostosowuję się do tempa tu panującego. Wychodzę rano na zewnątrz - do ogródka. Elegancko się prezentującego w słońcu, pełnego barw i zapachów. Na stopach czuję świeżo skoszoną trawę, jeszcze lekko wilgotną od rosy, lecz jakże orzeźwiającą ! Zauważam krzak czerwonej porzeczki. Myślę sobie "skuszę się - dobre, owoce, dobre...". Szybki rzut oka za siebie, czy aby żadne z dzieci mnie nie widzi, bo by chciało ze mną. A ja przecież dla siebie tu przyjechałam, w spokoju odpocząć, w spokoju i samotnie zjeść akurat teraz zauważone owoce!...Na szczęście nie ma nikogo, więc skradam się z uśmiechem do owoców i taaaak! Już je mam - jedna kulka, druga, trzecia...zaciskam delikatnie dłoń, by poczuć dotyk natury i nagle, zza pleców słyszę -"ej, Halina!!". Chciałam udawać, że się nie przestraszyłam, ale zgniecione w dłoni ze strachu owoce za bardzo przypominały konfitury, żeby się wyprzeć...spojrzałam kto śmiał mnie potraktować w taki sposób - aha.Widzę - Marcel - 2 lata. Na chwilę obecną mój wróg numer jeden! Czekam aż podejdzie, wtedy się zemszczę. Długo czekam, no bo przecież wszyscy tu chodzą wolniej, zwłaszcza dwuletnie dzieci, więc zdążyłam wyczyścić dłonie z konfitur. Cztery razy bym zdążyła. W końcu Marcel dotarł zdyszany i słodko mówi "ej, Halina...nie jedz tych pozecek, bo tam som kwaśne babole". Pff...myślę "nikt nie będzie mi mówił co mam robić na urlopie.". Lekceważąc tę dobrą radę, urywam szybko garść owoców i zjadam. Pyszne! By były...gdyby nie były takie kwaśne. Ale jak tu teraz się przyznać przed dwuletnim dzieckiem, któremu chciałam zrobić na złość, że miało rację ?! trudno - muszę zjeść. "Dziewczyno, bądź twarda!" Myślałam, że się uśmiechnęłam do Marcela, ale najwyraźniej się brzydko wykrzywiłam, bo Marcel uśmiechu nie odwzajemnił. Ale poczekał, cwaniak, aż połknę i dopiero wtedy wrócił do domu. Nie ufał mi. Dobrze, że jestem taka ambitna, przynajmniej ma mnie teraz za twardzielkę - przecież nie wyplułam!
Rozłożyłam się na trawie, słoneczko ładnie przygrzewało, zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie dużo słodkich żelków, żeby wymazać z pamięci kwaśne owoce. Z cudownego ogródka zaczęły się wyłaniać muszki, pszczółki, bączki i inne wstrętne robaczki, które najwyraźniej czegoś ode mnie chciały. Były nie z tego świata, bo wyjątkowo szybko się poruszały. No i koniec leżenia, czas na spontaniczny jogging. Robaki miały lepszą kondycję, długo nie dawały za wygraną. Przebiegłam chyba z 40 kilometrów. Przynajmniej byłam tak zmęczona...ale schowałam się w stodole, tu mi dały spokój. Znalazłam młode kociątka, brzydkie jak noc. Mama Kotka była trochę ładniejsza, ale zdecydowanie groźniejsza. Nie udało mi się usiąść na sianie, w którym schowała swoje pociechy. "Okej, postoję, tylko nie drap". Odczekałam chwilę i sprawdziłam czy robaki dalej czekają przed stodołą, ustawione jak rzymscy legioniści. Nie, jestem bezpieczna - przechytrzyłam owadziska!
W drodze do furtki spotkałam brata - "Michalina, zjem trochę porzeczek i zagramy w siatę, co?". Obudziła się we mnie troskliwa siostra i mówię - "Nie jedz porzeczek, bo tam są ponoć kwaśne babole.". Nie zjadł, mądrzejszy skurczybyk. Więc zagraliśmy od razu. W trakcie odbijania dwa razy wpadłam na drzewko ze śliwkami - najwyraźniej chciało grać z nami. Po chwili dotarł do nas kuzyn, było dwa na dwa - ja byłam w drużynie z drzewem. Dlatego przegrałam, bo niby tyle rąk, ale jakieś sztywne w zagrywce było...pojawił się Marcel, więc wzięłam go do siebie jako wsparcie. Zdecydowanie żywszy od drzewa i ciężko było odebrać mu piłkę. Jak tylko dostała się w jego ręce, niespodziewanie szybko uciekał z nią z boiska. Że niby taki łobuz. Świetnie, tylko że ja dalej przegrywałam, nie było czasu na zabawę !
-"Marcel, wracaj...proszę..."
-"Nie, Halina, piłka jest moja."
-"No chodź, pogramy sobie jeszcze chwilkę...proszę..."
-"Nie, Halina, ja juz nie chce glać"
-"Marcel, przegrywamy!"
-"Ty, Halina, psegrywas!"
I poszedł z tak potrzebną mi do wygrania piłką do domu. Kochane dziecko.
-"Dobra, Marek, mnie się już nie chce grać, jutro dokończymy..."
I poszłam, z tak wielką potrzebą pobycia w mieście do domu. Kochana wieś.
I oto jestem z dala od miasta. Najzwyczajniej w świecie nic nie robię z obowiązku. Wszystko tu się dzieje wolniej : wolniej chodzę, wolniej wstaję z łóżka, wolnej płynie czas...staram się uznawać za nieistotne, że wolniej też ładują się strony internetowe, a telefon wolniej łapie zasięg...dostosowuję się do tempa tu panującego. Wychodzę rano na zewnątrz - do ogródka. Elegancko się prezentującego w słońcu, pełnego barw i zapachów. Na stopach czuję świeżo skoszoną trawę, jeszcze lekko wilgotną od rosy, lecz jakże orzeźwiającą ! Zauważam krzak czerwonej porzeczki. Myślę sobie "skuszę się - dobre, owoce, dobre...". Szybki rzut oka za siebie, czy aby żadne z dzieci mnie nie widzi, bo by chciało ze mną. A ja przecież dla siebie tu przyjechałam, w spokoju odpocząć, w spokoju i samotnie zjeść akurat teraz zauważone owoce!...Na szczęście nie ma nikogo, więc skradam się z uśmiechem do owoców i taaaak! Już je mam - jedna kulka, druga, trzecia...zaciskam delikatnie dłoń, by poczuć dotyk natury i nagle, zza pleców słyszę -"ej, Halina!!". Chciałam udawać, że się nie przestraszyłam, ale zgniecione w dłoni ze strachu owoce za bardzo przypominały konfitury, żeby się wyprzeć...spojrzałam kto śmiał mnie potraktować w taki sposób - aha.Widzę - Marcel - 2 lata. Na chwilę obecną mój wróg numer jeden! Czekam aż podejdzie, wtedy się zemszczę. Długo czekam, no bo przecież wszyscy tu chodzą wolniej, zwłaszcza dwuletnie dzieci, więc zdążyłam wyczyścić dłonie z konfitur. Cztery razy bym zdążyła. W końcu Marcel dotarł zdyszany i słodko mówi "ej, Halina...nie jedz tych pozecek, bo tam som kwaśne babole". Pff...myślę "nikt nie będzie mi mówił co mam robić na urlopie.". Lekceważąc tę dobrą radę, urywam szybko garść owoców i zjadam. Pyszne! By były...gdyby nie były takie kwaśne. Ale jak tu teraz się przyznać przed dwuletnim dzieckiem, któremu chciałam zrobić na złość, że miało rację ?! trudno - muszę zjeść. "Dziewczyno, bądź twarda!" Myślałam, że się uśmiechnęłam do Marcela, ale najwyraźniej się brzydko wykrzywiłam, bo Marcel uśmiechu nie odwzajemnił. Ale poczekał, cwaniak, aż połknę i dopiero wtedy wrócił do domu. Nie ufał mi. Dobrze, że jestem taka ambitna, przynajmniej ma mnie teraz za twardzielkę - przecież nie wyplułam!
Rozłożyłam się na trawie, słoneczko ładnie przygrzewało, zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie dużo słodkich żelków, żeby wymazać z pamięci kwaśne owoce. Z cudownego ogródka zaczęły się wyłaniać muszki, pszczółki, bączki i inne wstrętne robaczki, które najwyraźniej czegoś ode mnie chciały. Były nie z tego świata, bo wyjątkowo szybko się poruszały. No i koniec leżenia, czas na spontaniczny jogging. Robaki miały lepszą kondycję, długo nie dawały za wygraną. Przebiegłam chyba z 40 kilometrów. Przynajmniej byłam tak zmęczona...ale schowałam się w stodole, tu mi dały spokój. Znalazłam młode kociątka, brzydkie jak noc. Mama Kotka była trochę ładniejsza, ale zdecydowanie groźniejsza. Nie udało mi się usiąść na sianie, w którym schowała swoje pociechy. "Okej, postoję, tylko nie drap". Odczekałam chwilę i sprawdziłam czy robaki dalej czekają przed stodołą, ustawione jak rzymscy legioniści. Nie, jestem bezpieczna - przechytrzyłam owadziska!
W drodze do furtki spotkałam brata - "Michalina, zjem trochę porzeczek i zagramy w siatę, co?". Obudziła się we mnie troskliwa siostra i mówię - "Nie jedz porzeczek, bo tam są ponoć kwaśne babole.". Nie zjadł, mądrzejszy skurczybyk. Więc zagraliśmy od razu. W trakcie odbijania dwa razy wpadłam na drzewko ze śliwkami - najwyraźniej chciało grać z nami. Po chwili dotarł do nas kuzyn, było dwa na dwa - ja byłam w drużynie z drzewem. Dlatego przegrałam, bo niby tyle rąk, ale jakieś sztywne w zagrywce było...pojawił się Marcel, więc wzięłam go do siebie jako wsparcie. Zdecydowanie żywszy od drzewa i ciężko było odebrać mu piłkę. Jak tylko dostała się w jego ręce, niespodziewanie szybko uciekał z nią z boiska. Że niby taki łobuz. Świetnie, tylko że ja dalej przegrywałam, nie było czasu na zabawę !
-"Marcel, wracaj...proszę..."
-"Nie, Halina, piłka jest moja."
-"No chodź, pogramy sobie jeszcze chwilkę...proszę..."
-"Nie, Halina, ja juz nie chce glać"
-"Marcel, przegrywamy!"
-"Ty, Halina, psegrywas!"
I poszedł z tak potrzebną mi do wygrania piłką do domu. Kochane dziecko.
-"Dobra, Marek, mnie się już nie chce grać, jutro dokończymy..."
I poszłam, z tak wielką potrzebą pobycia w mieście do domu. Kochana wieś.
13 cze 2011
matematyczni geniusze.
Jestem socjologiem. Wiem na przykład co to błąd ekologiczny, znam Durkheima jak starego kumpla, a teorię konfliktu według Dahrendorfa mam w małym paluszku. Wszystko świetnie. I ja teraz, dzięki tej, za przeproszeniem, teorii w głowie, powinnam być the best of the best of the best w interpretowaniu ludzkich zachowań. I jeszcze ponoć znam sposoby na rozwiązanie problemów świata - pikuś! Dlatego, uwaga - dopuszczam się bez niczyjego pozwolenia do głosu. Z taką wiedzą?! Już dawno powinnam to zrobić.
Otóż, drogie jednostki społeczne - z ostatnio przeprowadzonych badań socjologicznych jasno wynika, że interakcje, jakie zachodzą między Wami pozostawiają wiele do życzenia. Zdaniem międzynarodowych ekspertów, nie potraficie wykorzystywać potencjału Waszych mięśni twarzy i nie zdajecie sobie sprawy z istoty działania neuronów lustrzanych w Waszych mózgach. Oddziałuje na Was wiele czynników stresogennych, które implikują w Was zachowania wysoce niesprzyjające nawiązywaniu kontaktów społecznych. Ponadto, sprawiacie wrażenie jednostek o niskim poczuciu własnej wartości, nieusatysfakcjonowanych z własnego życia i co gorsza, zatrważająco intensywnie zamykających się na uczestnictwo w procesie socjalizacji !
Też jestem jednostką społeczną. I wcale nie muszę być socjologiem, żeby zauważyć, że faktycznie, uśmiechamy się do siebie rzadko. Zwłaszcza za granicą jesteśmy uznawani za "tych ponurych i marudzących Polaków". Ale pytam się - co z tego ?! Mijajmy się na ulicy i jak najdłużej unikajmy kontaktu wzrokowego. Jak już ( ale nie daj Boże! ) nasze spojrzenia się zupełnie niechcianie spotkają, to absolutnie nie okazujmy sobie żadnej życzliwości ! Tak jest przecież lepiej. Po co mam szczerzyć zęby do obcych ludzi - kiedyś ich spotkam drugi raz i co - będę się może musiała wysilić, żeby się znowu uśmiechnąć ?! Ja tam nie muszę nawiązywać z nikim kontaktu. Nie obchodzą mnie inni ludzie. Jak jakaś naiwniaczka będę myśleć, że się przez to będę lepiej czuła ? Że jakieś endorfiny, że mniej stresu...tak?
TAK ! Ja, jako Michalina, jako socjolog, jednostka społeczna, siostra, przyjaciółka, pedantka i przede wszystkim zupełnie obojętna dla wielu ludzi mijana na ulicy osoba, nakłaniam do zarażania uśmiechem ! Na świecie jest tyle dotykających ludzkość zaraz - ta jedyna przynosi same plusy, a my na własne życzenie chcemy się z niej wyleczyć ? Dlaczego nie chcemy pokonywać barier za granicą - przecież wszyscy uśmiechamy się w jednym języku - nie potrzeba do tego tłumacza. Niech w świecie widzą po naszych twarzach, że jesteśmy paradoksalnymi geniuszami matematyki. Że dzieląc uśmiech, potrafimy go mnożyć !
Amen.
Otóż, drogie jednostki społeczne - z ostatnio przeprowadzonych badań socjologicznych jasno wynika, że interakcje, jakie zachodzą między Wami pozostawiają wiele do życzenia. Zdaniem międzynarodowych ekspertów, nie potraficie wykorzystywać potencjału Waszych mięśni twarzy i nie zdajecie sobie sprawy z istoty działania neuronów lustrzanych w Waszych mózgach. Oddziałuje na Was wiele czynników stresogennych, które implikują w Was zachowania wysoce niesprzyjające nawiązywaniu kontaktów społecznych. Ponadto, sprawiacie wrażenie jednostek o niskim poczuciu własnej wartości, nieusatysfakcjonowanych z własnego życia i co gorsza, zatrważająco intensywnie zamykających się na uczestnictwo w procesie socjalizacji !
Też jestem jednostką społeczną. I wcale nie muszę być socjologiem, żeby zauważyć, że faktycznie, uśmiechamy się do siebie rzadko. Zwłaszcza za granicą jesteśmy uznawani za "tych ponurych i marudzących Polaków". Ale pytam się - co z tego ?! Mijajmy się na ulicy i jak najdłużej unikajmy kontaktu wzrokowego. Jak już ( ale nie daj Boże! ) nasze spojrzenia się zupełnie niechcianie spotkają, to absolutnie nie okazujmy sobie żadnej życzliwości ! Tak jest przecież lepiej. Po co mam szczerzyć zęby do obcych ludzi - kiedyś ich spotkam drugi raz i co - będę się może musiała wysilić, żeby się znowu uśmiechnąć ?! Ja tam nie muszę nawiązywać z nikim kontaktu. Nie obchodzą mnie inni ludzie. Jak jakaś naiwniaczka będę myśleć, że się przez to będę lepiej czuła ? Że jakieś endorfiny, że mniej stresu...tak?
TAK ! Ja, jako Michalina, jako socjolog, jednostka społeczna, siostra, przyjaciółka, pedantka i przede wszystkim zupełnie obojętna dla wielu ludzi mijana na ulicy osoba, nakłaniam do zarażania uśmiechem ! Na świecie jest tyle dotykających ludzkość zaraz - ta jedyna przynosi same plusy, a my na własne życzenie chcemy się z niej wyleczyć ? Dlaczego nie chcemy pokonywać barier za granicą - przecież wszyscy uśmiechamy się w jednym języku - nie potrzeba do tego tłumacza. Niech w świecie widzą po naszych twarzach, że jesteśmy paradoksalnymi geniuszami matematyki. Że dzieląc uśmiech, potrafimy go mnożyć !
Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)