Oddaje się do linczu publicznego.
Święte miejsce nierealnych spotkań, Fejsbuk ( o, Fejsbuku! ), gdzie wszystko od wszystkich, nawet nieznajomych, których się przyjęło do znajomych, bo mają w znajomych znajomego znajomego, się lubi, okazał się dla mnie miejscem agresji. Mój dzisiejszy sceptyczny komentarz ( jeden z 284743957 których się jak dotąd użyć odważyłam ), spotkał się z okazaną w ekspresowym tempie krytyką. Maleńką co prawda, zagubioną już pośród kolejnych zdjęć pysznych babeczek, szyneczek i konfitureczek, szybko przeobrażoną w żart dzięki ludziom dobrej woli, aczkolwiek będącą pretekstem do obsmarowania fejsbuka, a raczej jego użytkowników, po całości! Bom tym sceptyzmem już lekko przepełniona, delikatnie rzec ujmując, a że i chciałabym poruszyć opinie publiczną, ryzykuję głośne podjęcie tematu.
Nie jestem pierwsza i nie ostatnia, która na trzeźwo nie zniesie. Ale dłużej niewypowiadać się nie będę. Oczywiście, róbcie ze swoim fejsbukiem co chcecie. Dodawajcie "śWiEtNe FoTkI <3 :*:* ". Chwalcie się zaręczynowymi pierścionkami na dłoniach z przecudnie przygotowanymi na to zdjęcie tipsami w gwiazdki. Przeobrażajcie swoje konta na konta Waszych świeżopoczętych, potem ledwo-co-urodzonych, przed-momentem-wyniesionych-ze-szpitala i oczywiście świetnie-wychowywanych dzieci. Udostępniajcie złote myśli rodem z pożalsiepanieboze.pl i traktujcie Wasze 'ściany' jak konfesjonał, tudzież dla ateistów alternatywnie kozetkę, a znajomych jak księży, analogicznie - psychologów i próbujcie wzbudzić współczucie bądź zazdrość. Róbta co chceta!
Ale ja godzić się na to nie będę. Jestę socjologię, paczeć na to nie mogę, ratować społeczeństwo muszę! Świecić przykładem zamierzam i nawet panującym na kwejku trendom opierać się będę. Nie ulegnę i w walce wytrwam. Na pewno z tydzień.
A potem zapomnę, że powinnam mieć mózg i po godzinach bezmyślnego przekopywania internetu sama udostępnię komuś na ścianie linka z kwejka i polubię kota, który je pączka.
I możecie wypisywać, że ten post to jedna wielka hipokryzja. Ależ wypisujcie sobie! Wykrzykujcie mi to na ulicy - nawet bym chciała, bo to byłby dowód, że jednak w prawdziwym życiu ktoś potrafi posługiwać się głosem, a nie poruszającymi postami typu ' Nie lubię, gdy ktoś mnie obraża '. Tylko że nie o hipokryzje tu chodzi, a o ironię! O dystans i drwienie z jego braku. Odrobina sceptyzmu nikogo nie zabiła, a nawet gdyby, to mogę w takim razie zostać płatnym mordercą.
Wśród moich znajomych są szczęśliwie ludzie, którym tłumaczyć tego blogowego posta nie muszę i chwała ich rodzicom za inteligentne geny! Pokusiłam się jednak o jasne przedstawienie drugiego dna mojej wypowiedzi dla tych, którym trzeba tłumaczyć, bo się za bardzo obrażą i zaczną zamurowywać moja fejsbukową ścianę i już nigdy, przenigdy nie zobaczę jak ich kotu ładnie wyrósł pazur w prawej przedniej łapie.
Nie przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Ludzie z dystansem nie poczują się obrażeni.
Jeśli interesują Cię romanse, porady, afery, polityka, kosmetyki, ciasta, fotografia, religia i wiele innych top 10 tematów świata to mój blog nie wniesie niczego nowego do Twojego życia. A jeśli wyżej wymienione Cię nie interesują, to istnieje prawdopodobieństwo, że i Tobie mój blog nie pomoże. Zapraszam! ;-)
23 paź 2012
25 lip 2012
ciemność, widzę.ciemność.
O rzesz! mój blog...blogusiu mały, cichutki, nic nie mówisz, że się kurzysz...jeju! Nie, nie. Nie zapomniałam. W życiu! Nigdzie indziej przecież tak często nie używam backspace'a. Nawet na facebooku! Przepraszam. Przyznaję, pogubiłam się.
Nie wiedziałam za bardzo gdzie jestem. To znaczy - w którym pokoju. Niewiarygodne jak ogromną powierzchnią może być 48 metrów kwadratowych, gdy zapada w nich totalna ciemność...
Tym razem o 2.10 wychodzę z samochodu. Wyszłabym o 1.55, ale zaparkowanie w środku nocy nie jest takie łatwe...i nie że tyle samochodów, że miejsca nie ma, nie. Miejsca, wydawało by się, w brud! Tylko drzew za dużo i liście z nich na auto mogą spadać i zatykać wszelakie otwory. No i ścieżek dla pieszych też za dużo. Potem ktoś pójdzie, zahaczy, chyba obcasem, nie wiem...i na pewno porysuje lakier. Wzdłuż chodnika też lepiej nie parkować, bo inne samochody, przejeżdżając, bardzo brudzą moje auto. Po 10 minut obliczania prawdopodobieństwa wystąpienia jakiegoś nieszczęścia z moim samochodem w roli głównej, zastanawiam się, czy Peżot zmieści się w piwnicy. Jako że nie mam niestety przy sobie do niej kluczy, parkuję właściwie na ultranieryzykownym boisku do koszykówki, prawie wybiegam z auta, żeby nie zdążyć zmienić zdania co do jego położenia i..się zaczyna!
Nic nie widać....całe osiedle pogrążone w ciemności. Zero działającej latarni, żadnego światła z okien, na przejeżdżające samochody z reflektorami na boisku nie ma co liczyć. Pierwsza myśl - pułapka! Rozglądam się, no ale - nic nie widzę. Uruchamiam zatem drugi zmysł - nasłuchuję. Nikt nie nadchodzi...bosze! nikt mi nie pomoże! Uruchamiam trzeci zmysł - "ciesz się, że nikt nie idzie i weź do ręki telefon.". Biorę do ręki telefon, rezygnuję z dzwonienia po Łukasza, ze Szwecji ma daleko, więc postanawiam jedynie oświetlać sobie nim drogę...niech szlag trafi osobę, która kazała mi ustawić wygaszanie ekranu na co 10 sekund! Ale jest dobrze, widzę już swoją klatkę schodową. Teraz klucze. I co tu zrobić - trzymać telefon w jednej ręce, torebkę w drugiej i nie umieć wyciągnąć kluczy, czy schować telefon, ryzykując utratą jedynej nadzieji na przeżycie i wyciągnąć klucze!!?? aaaa!! od dzisiaj kluczę będę nosić na szyi.
No i tak jak przypuszczałam, cały świat został odcięty od prądu - włącznik światła na sieni nie zadziałał...no nic, trzeba się ratować - 25 schodów pokonałam z dziecinna łatwością. Gdy byłam kilka lat temu dzieckiem przechodziłam po nich milion pięćset razy dziennie - znam je na pamięć. Skoro więc schody były takie łatwe, to mieszkanie tym bardziej. Zapomniałam o telefonie specjalnie - przecież to mój dom! Nie będę potrzebowała żadnego tam światła. NIC BARDZIEJ MYLNEGO!
Przedpokój ciągnął się w nieskończoność. Czy ja aby na pewno weszłam do siebie do mieszkania ? Toż to jakiś pałac! Uruchamiam kolejny zmysł - no jednak mój przedpokój - ręce, które macają mówią, że drzwi z szafy te same. Ale gdzie ta kuchnia?! W kuchni schowek, w schowku świeczka, potem będzie z górki. Skręcam w prawo. Stopami wyczuwam dywan, czyli że to jeszcze nie kuchnia. Zawracam. Stopami wyczuwam ogon, czyli że to moja kotka. W końcu znowu skręcam, by uderzyć najpierw w krzesło, potem w stół, potem znowu wyczuć kotkę i potem zrezygnować z szukania świeczki, tylko zawrócić i przejść od razu do łazienki. Zamykam się, żeby kotka nie weszła. Mam małą łazienkę - wystarczy że się obracam wokół własnej osi i do wszystkiego mam blisko, więc nic mi tu nie grozi. Wanna okazała się być jednak bardzo wysoka, a potem głęboka. Myślałam, że wpadam do oceanu. Wzięłam szybki prysznic, nie wiem czyją gąbką się myłam. Wychodząc z wanny wyczułam, że zalałam całą łazienkę i że kotka jednak zdążyła wejść. Nie wiem czyim ręcznikiem się wytarłam i czyją szczoteczką myłam zęby. Nie wyczułam gdzie zostawiłam swoje rzeczy, więc olałam sprawę, jutro się je weźmie, teraz nie ma czasu, bo zaraz będzie 4 rano, trzeba iść spać. Do pokoju szłam wydawało mi się, następne 1,5 godziny. Ale telefon! Leżał niewinnie gdzieś w torebce. O nie! Nie poddam się! Bez telefonu nie zasnę! Różnym ludziom przytrafiają się różne historie w środku nocy, trzeba być pomocnym 24/7 - idę! Najwyraźniej los nie mógł już dłużej przyglądać się mojej nieporadności, bo telefon znalazłam bardzo szybko. Albo to uzależnienie mnie prowadziło. Z troską nacisnęłam klawisz, by oświetlić sobie drogę do łóżka i jestem pewna, że przynajmniej na chwilę oślepłam z tej jasności. Znowu po omacku, ale w końcu doszłam do łóżka.
Morał tej opowieści jest prosty i wszystkim znany - tyle w nas samodzielności, ile światła mamy!
Nie wiedziałam za bardzo gdzie jestem. To znaczy - w którym pokoju. Niewiarygodne jak ogromną powierzchnią może być 48 metrów kwadratowych, gdy zapada w nich totalna ciemność...
Tym razem o 2.10 wychodzę z samochodu. Wyszłabym o 1.55, ale zaparkowanie w środku nocy nie jest takie łatwe...i nie że tyle samochodów, że miejsca nie ma, nie. Miejsca, wydawało by się, w brud! Tylko drzew za dużo i liście z nich na auto mogą spadać i zatykać wszelakie otwory. No i ścieżek dla pieszych też za dużo. Potem ktoś pójdzie, zahaczy, chyba obcasem, nie wiem...i na pewno porysuje lakier. Wzdłuż chodnika też lepiej nie parkować, bo inne samochody, przejeżdżając, bardzo brudzą moje auto. Po 10 minut obliczania prawdopodobieństwa wystąpienia jakiegoś nieszczęścia z moim samochodem w roli głównej, zastanawiam się, czy Peżot zmieści się w piwnicy. Jako że nie mam niestety przy sobie do niej kluczy, parkuję właściwie na ultranieryzykownym boisku do koszykówki, prawie wybiegam z auta, żeby nie zdążyć zmienić zdania co do jego położenia i..się zaczyna!
Nic nie widać....całe osiedle pogrążone w ciemności. Zero działającej latarni, żadnego światła z okien, na przejeżdżające samochody z reflektorami na boisku nie ma co liczyć. Pierwsza myśl - pułapka! Rozglądam się, no ale - nic nie widzę. Uruchamiam zatem drugi zmysł - nasłuchuję. Nikt nie nadchodzi...bosze! nikt mi nie pomoże! Uruchamiam trzeci zmysł - "ciesz się, że nikt nie idzie i weź do ręki telefon.". Biorę do ręki telefon, rezygnuję z dzwonienia po Łukasza, ze Szwecji ma daleko, więc postanawiam jedynie oświetlać sobie nim drogę...niech szlag trafi osobę, która kazała mi ustawić wygaszanie ekranu na co 10 sekund! Ale jest dobrze, widzę już swoją klatkę schodową. Teraz klucze. I co tu zrobić - trzymać telefon w jednej ręce, torebkę w drugiej i nie umieć wyciągnąć kluczy, czy schować telefon, ryzykując utratą jedynej nadzieji na przeżycie i wyciągnąć klucze!!?? aaaa!! od dzisiaj kluczę będę nosić na szyi.
No i tak jak przypuszczałam, cały świat został odcięty od prądu - włącznik światła na sieni nie zadziałał...no nic, trzeba się ratować - 25 schodów pokonałam z dziecinna łatwością. Gdy byłam kilka lat temu dzieckiem przechodziłam po nich milion pięćset razy dziennie - znam je na pamięć. Skoro więc schody były takie łatwe, to mieszkanie tym bardziej. Zapomniałam o telefonie specjalnie - przecież to mój dom! Nie będę potrzebowała żadnego tam światła. NIC BARDZIEJ MYLNEGO!
Przedpokój ciągnął się w nieskończoność. Czy ja aby na pewno weszłam do siebie do mieszkania ? Toż to jakiś pałac! Uruchamiam kolejny zmysł - no jednak mój przedpokój - ręce, które macają mówią, że drzwi z szafy te same. Ale gdzie ta kuchnia?! W kuchni schowek, w schowku świeczka, potem będzie z górki. Skręcam w prawo. Stopami wyczuwam dywan, czyli że to jeszcze nie kuchnia. Zawracam. Stopami wyczuwam ogon, czyli że to moja kotka. W końcu znowu skręcam, by uderzyć najpierw w krzesło, potem w stół, potem znowu wyczuć kotkę i potem zrezygnować z szukania świeczki, tylko zawrócić i przejść od razu do łazienki. Zamykam się, żeby kotka nie weszła. Mam małą łazienkę - wystarczy że się obracam wokół własnej osi i do wszystkiego mam blisko, więc nic mi tu nie grozi. Wanna okazała się być jednak bardzo wysoka, a potem głęboka. Myślałam, że wpadam do oceanu. Wzięłam szybki prysznic, nie wiem czyją gąbką się myłam. Wychodząc z wanny wyczułam, że zalałam całą łazienkę i że kotka jednak zdążyła wejść. Nie wiem czyim ręcznikiem się wytarłam i czyją szczoteczką myłam zęby. Nie wyczułam gdzie zostawiłam swoje rzeczy, więc olałam sprawę, jutro się je weźmie, teraz nie ma czasu, bo zaraz będzie 4 rano, trzeba iść spać. Do pokoju szłam wydawało mi się, następne 1,5 godziny. Ale telefon! Leżał niewinnie gdzieś w torebce. O nie! Nie poddam się! Bez telefonu nie zasnę! Różnym ludziom przytrafiają się różne historie w środku nocy, trzeba być pomocnym 24/7 - idę! Najwyraźniej los nie mógł już dłużej przyglądać się mojej nieporadności, bo telefon znalazłam bardzo szybko. Albo to uzależnienie mnie prowadziło. Z troską nacisnęłam klawisz, by oświetlić sobie drogę do łóżka i jestem pewna, że przynajmniej na chwilę oślepłam z tej jasności. Znowu po omacku, ale w końcu doszłam do łóżka.
Morał tej opowieści jest prosty i wszystkim znany - tyle w nas samodzielności, ile światła mamy!
30 kwi 2012
Monika.moim.gościem.
POST SPECJALNY,
Specjalny, bo z gościnnym udziałem: Monika tekst napisała, przedstawiła na zajęciach, wzruszyła nim i się z niego cieszyła, więc niech ma, że udostępniłam jej bloga! Niech cały świat ujrzy co ma do powiedzenia...no okej, przesadzam. Niech te kilka osób tu zaglądających dowie się o czym rozmawiamy na zajęciach ;)
Miłość? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Wiecie, takie uczucie? Najczęściej łączące dwoje ludzi, ale nie zawsze. Czasem trafi się ktoś trzeci. I bynajmniej nie jest on wyczekiwany, niczym niespodziewany gość na Wigilię! No i wtedy, gdy to "piąte koło u wozu" się pojawi, jak to mówi długowłosy blondyn w pewnej reklamie: "masz schody"!
Ciasto zwane przez poetów i niektórych zwykłych "zjadaczy chleba" (tych zakochanych) - miłością, składa się z wielu elementów, a proces jego przygotowania z kilku etapów!
I może o tych ów "etapach" na początek!
Etap numer jeden (mój ulubiony) - ZAUROCZENIE!
Kiedy to nagle Twój kolega z klasy, z grupy, z pracy staje się mega elokwentny. Przystojny już jest. Był. W końcu czymś przyciągnął naszą uwagę. I nawet jeśli powie coś totalnie głupiego, myślisz sobie - pewnie żartował. Otóż On wcale nie żartował, ani troszkę. Jeśli powiedział coś totalnie głupiego, to pewnie dlatego, że jest totalnie głupi, jak but z lewej nogi, ale w pierwszym etapie nie sposób nam tego dostrzec. Nasz wybranek jest ideałem. Nawet jeśli nie potrafi naprawić kranu, ugotować spaghetti, albo szybko jeździć na rowerze. Zauroczenie trwa!
Etap numer dwa - ZAKOCHANIE!
Niektórzy zbyt szybko przechodzą z etapu numer jeden do etapu numer dwa, później się rozczarowując, gdy zorientują się, że ta druga osoba spokojnie i niespiesznie została sobie w etapie numer jeden. Inni zaś, w ogóle do etapu drugiego nie dochodzą. Może to i lepiej dla nich. Tutaj obowiązuje tak zwany "okres promocji"! Zakupy z mamą, czy spacer z Nim? Spacer z Nim! Wyjazd do rodziny, czy randka z Nią? Randka z Nią! Nauka do egzaminu, czy seks z Nim? Tutaj może same sobie dziewczyny odpowiedzcie na to pytanie. To właśnie wtedy, jęczą zazdrosne o brak uwagi siostry. To właśnie wtedy dzwonią z pretensjami pijący bez Was piwo w barze kumple. Ale "okres promocji" trwa nadal!
Etap numer trzy - UCZUCIE!
Sama nie wiedziałam jak nazwać ten etap. I nie będę go specjalnie omawiać, bo po prostu nie ma czego.To miłość: najważniejsza rzecz na świecie, najpiękniejsze z uczuć, nie da się jej kupić za żadne pieniądze i najczęściej kończy się ślubem. Takie tam bzdety.
Etap numer cztery - PRZYWIĄZANIE!
To niby wtedy gaśnie uczucie i namiętność! I podobno trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść! Otóż guzik prawda! Jak patrzę na moich rodziców, którzy w zeszłą środę obchodzili 25. rocznicę ślubu, to myślę sobie, że ja chciałabym się tak do kogoś przywiązać! Znaleźć taką smycz! Jak już ją znajdziecie, nie puszczajcie. Luzujcie, przyciągajcie, ale nie wypuszczajcie z rąk!
I teraz, mamy już to ciasto, siedzimy sobie z przyjaciółką na kawie. Ta nam jęczy, że taka nieszczęśliwa jest, że nie może znaleźć miłości, skąd ja to znam. I pyta Nas: "jak Wy to robicie"?
Otóż ciasto miłości składa się z kilku elementów. Najważniejszym składnikiem jest podobno zaufanie. Nie wiem, tak mówią. Moja mama też tak mówi, a jak ona coś mówi, to podobno zawsze ma rację. Nie wiem, tata tak mówi. Zaufanie - jeśli się je straci, nie tak łatwo go odzyskać. Z zaufaniem nie jest jak z oponami do auta - letnie wymieniamy na zimowe, a zimowe na letnie i tak w kółko. Z zaufaniem, nie jest nawet tak jak z oponą rowerową, którą w razie awarii przystojny pan dopompuje Nam za darmo na stacji benzynowej. Akurat przystojnych, do-pompujących za darmo panów, w kwestii zaufania, bym raczej unikała. Kolejny składnik - wierność. Ale nie pamiętam co to jest, nie wiem, nieważne, może przejdźmy dalej. Wolność! O, to jest dopiero "temat rzeka"! Kiedy wyjście dziewczyny z koleżanką do klubu, jest jeszcze wolnością w związku, a wyjście jej chłopaka z kolegami na piwo, to już nadużycie tej wolności.
Podsumowując! Miłość? Czy coś takiego w ogóle istnieje?
Otóż istnieje! Miłość jest wszędzie, dookoła nas! I naprawdę jest najważniejsza i naprawdę jest najpiękniejszym uczuciem i naprawdę nie można jej kupić za żadne pieniądze! I fajnie jak kończy się ślubem! I tym, którzy tak jak ja na nią czekają - życzę gromu z jasnego nieba i motylków w brzuchu, a tym, którzy z tym gromem już nie jedną burzę przetrwali i nadal codziennie wychodzi dla nich słońce - cholernie zazdroszczę!
Miłość - serdecznie polecam - Monika Włodarczyk!
Specjalny, bo z gościnnym udziałem: Monika tekst napisała, przedstawiła na zajęciach, wzruszyła nim i się z niego cieszyła, więc niech ma, że udostępniłam jej bloga! Niech cały świat ujrzy co ma do powiedzenia...no okej, przesadzam. Niech te kilka osób tu zaglądających dowie się o czym rozmawiamy na zajęciach ;)
Miłość? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Wiecie, takie uczucie? Najczęściej łączące dwoje ludzi, ale nie zawsze. Czasem trafi się ktoś trzeci. I bynajmniej nie jest on wyczekiwany, niczym niespodziewany gość na Wigilię! No i wtedy, gdy to "piąte koło u wozu" się pojawi, jak to mówi długowłosy blondyn w pewnej reklamie: "masz schody"!
Ciasto zwane przez poetów i niektórych zwykłych "zjadaczy chleba" (tych zakochanych) - miłością, składa się z wielu elementów, a proces jego przygotowania z kilku etapów!
I może o tych ów "etapach" na początek!
Etap numer jeden (mój ulubiony) - ZAUROCZENIE!
Kiedy to nagle Twój kolega z klasy, z grupy, z pracy staje się mega elokwentny. Przystojny już jest. Był. W końcu czymś przyciągnął naszą uwagę. I nawet jeśli powie coś totalnie głupiego, myślisz sobie - pewnie żartował. Otóż On wcale nie żartował, ani troszkę. Jeśli powiedział coś totalnie głupiego, to pewnie dlatego, że jest totalnie głupi, jak but z lewej nogi, ale w pierwszym etapie nie sposób nam tego dostrzec. Nasz wybranek jest ideałem. Nawet jeśli nie potrafi naprawić kranu, ugotować spaghetti, albo szybko jeździć na rowerze. Zauroczenie trwa!
Etap numer dwa - ZAKOCHANIE!
Niektórzy zbyt szybko przechodzą z etapu numer jeden do etapu numer dwa, później się rozczarowując, gdy zorientują się, że ta druga osoba spokojnie i niespiesznie została sobie w etapie numer jeden. Inni zaś, w ogóle do etapu drugiego nie dochodzą. Może to i lepiej dla nich. Tutaj obowiązuje tak zwany "okres promocji"! Zakupy z mamą, czy spacer z Nim? Spacer z Nim! Wyjazd do rodziny, czy randka z Nią? Randka z Nią! Nauka do egzaminu, czy seks z Nim? Tutaj może same sobie dziewczyny odpowiedzcie na to pytanie. To właśnie wtedy, jęczą zazdrosne o brak uwagi siostry. To właśnie wtedy dzwonią z pretensjami pijący bez Was piwo w barze kumple. Ale "okres promocji" trwa nadal!
Etap numer trzy - UCZUCIE!
Sama nie wiedziałam jak nazwać ten etap. I nie będę go specjalnie omawiać, bo po prostu nie ma czego.To miłość: najważniejsza rzecz na świecie, najpiękniejsze z uczuć, nie da się jej kupić za żadne pieniądze i najczęściej kończy się ślubem. Takie tam bzdety.
Etap numer cztery - PRZYWIĄZANIE!
To niby wtedy gaśnie uczucie i namiętność! I podobno trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść! Otóż guzik prawda! Jak patrzę na moich rodziców, którzy w zeszłą środę obchodzili 25. rocznicę ślubu, to myślę sobie, że ja chciałabym się tak do kogoś przywiązać! Znaleźć taką smycz! Jak już ją znajdziecie, nie puszczajcie. Luzujcie, przyciągajcie, ale nie wypuszczajcie z rąk!
I teraz, mamy już to ciasto, siedzimy sobie z przyjaciółką na kawie. Ta nam jęczy, że taka nieszczęśliwa jest, że nie może znaleźć miłości, skąd ja to znam. I pyta Nas: "jak Wy to robicie"?
Otóż ciasto miłości składa się z kilku elementów. Najważniejszym składnikiem jest podobno zaufanie. Nie wiem, tak mówią. Moja mama też tak mówi, a jak ona coś mówi, to podobno zawsze ma rację. Nie wiem, tata tak mówi. Zaufanie - jeśli się je straci, nie tak łatwo go odzyskać. Z zaufaniem nie jest jak z oponami do auta - letnie wymieniamy na zimowe, a zimowe na letnie i tak w kółko. Z zaufaniem, nie jest nawet tak jak z oponą rowerową, którą w razie awarii przystojny pan dopompuje Nam za darmo na stacji benzynowej. Akurat przystojnych, do-pompujących za darmo panów, w kwestii zaufania, bym raczej unikała. Kolejny składnik - wierność. Ale nie pamiętam co to jest, nie wiem, nieważne, może przejdźmy dalej. Wolność! O, to jest dopiero "temat rzeka"! Kiedy wyjście dziewczyny z koleżanką do klubu, jest jeszcze wolnością w związku, a wyjście jej chłopaka z kolegami na piwo, to już nadużycie tej wolności.
Podsumowując! Miłość? Czy coś takiego w ogóle istnieje?
Otóż istnieje! Miłość jest wszędzie, dookoła nas! I naprawdę jest najważniejsza i naprawdę jest najpiękniejszym uczuciem i naprawdę nie można jej kupić za żadne pieniądze! I fajnie jak kończy się ślubem! I tym, którzy tak jak ja na nią czekają - życzę gromu z jasnego nieba i motylków w brzuchu, a tym, którzy z tym gromem już nie jedną burzę przetrwali i nadal codziennie wychodzi dla nich słońce - cholernie zazdroszczę!
Miłość - serdecznie polecam - Monika Włodarczyk!
Subskrybuj:
Posty (Atom)