26 lut 2015

NZ-true story, bro - kwestia akcentu?

Czyż nie jest upokarzający moment, w którym podczas rozmowy nie do końca usłyszysz lub zrozumiesz wypowiedź drugiej osoby i głupio Ci zapytać po raz enty o powtórzenie? Pewnie większość z nas tego doświadczyła i w zależności od stopnia posiadanej wrażliwości na drugiego człowieka, reakcja jest różna:

Sytuacja A
Twój stopień wrażliwości w skali 0-10: 8

Ktoś: msnosdjfg.
Ty: Proszę?
Ktoś: msnosdjfg
Ty: <myślisz: "oesu, no nie rozumiem", ale uśmiechasz się z zakłopotaniem i brniesz dalej> Możesz powtórzyć?
Ktoś: MSNOSDJFG! < i paczy już zły>
Ty: <myślisz: "o nie, krzyczy!ooo... idą mi łezki do oczu, tylko nie panikuj...co robić?co robić?!aaaa!" i palniesz> ee..hehe, no...

I modlisz się, by zasada "Jak nie rozumiesz, to się przynajmniej śmiej. Dalej nic nie rozumiesz, ale przynajmniej ładniej wyglądasz." w tym przypadku zadziałała. Szkoda tylko, że w większości takich sytuacji śmiech jest raczej nerwowy i głupkowaty, a nasz oczekujący na reakcję rozmówcy wyraz twarzy nie pomaga w sprawianiu wrażenia inteligentnej osoby.

Sytuacja B
Twój stopień wrażliwości w skali 0-10: 2

Ktoś: msofie dened wejfh.
Ty: Co?
Ktoś: msofie dened wejfh.
Ty: <myślisz: "A, pier***ę"> ...

I o nic sie nie modlisz. Wręcz uznajesz bycie wiernym zasadzie:"Miej wyje***e, a będzie Ci dane" za najlepszy wybór życia.

W obu zaprezentowanych sytuacjach istnieje jednak prawdopodobieństwo, że prędzej czy później zdolność komunikowania się z ludźmi zostanie Ci przywrócona, no bo w końcu mówicie w tym samym języku, więc zazwyczaj wystarczy zmienić temat i po problemie.

I wyobraź sobie teraz, że lądujesz nagle w kraju, gdzie wszyscy mówią w innym języku niż Ty. Być może masz go opanowany lepiej lub gorzej, ale ojczystym nie jest na pewno. I przyjdzie Ci wysiąść z samolotu po 50 godzinach podróży, co oznacza mniej więcej, że jesteś tak zmęczony, że mózg wykorzystuje już jedynie swoje ostatnie 2% działających zasobów szarych komórek i to tylko po to, by pamiętać jak się czołga i na "żołnierza w polu bitwy" dotrzeć do kogoś, kto nie tylko jest w stanie ponieść Twoją torbę, ale i Ciebie. No i jeszcze po to, by w przypływie emocji nie zasmarkać się na śmierć. Ostatkiem sił do Twoich uszu dociera bełkot, na całe szczęście nieskierowany w Twoją stronę. Tego możesz być pewien, bo nikt nie chce gadać z trupem. Przez Twoja głowę przewija się bezwiedna myśl, że jutro się zapytasz chłopaka co to był za dziwny dźwięk i zasypiasz.

Wstajesz po dwóch dniach wypoczęty, rześki i gotowy na podbój świata. Pierwsze co musisz zrobić, to założyć konto, bo gruby hajs czeka. Idziesz z kimś, kto pomoże Ci w razie bardzo mało prawdopodobnych problemów, czyli w tym przypadku z Pawłem. Czekasz na swoja kolej, uśmiechasz się, od czasu do czasu usłyszysz docierający z różnych stron znany Ci już bełkot i układasz sobie w głowie zdanie po angielsku "Chciałabym założyć konto". W końcu nadchodzi Twoja kolej. Pani, która Cię ma obsłużyć przyjaznym gestem wskazuje krzesło, więc spokojnie siadasz i oto zaczyna się koszmar. Kobieta, która ma Ci pomóc bezczelnie rzuca wyraźnie już skierowanym w Twoją stronę niezrozumiałym bełkotem! W pierwszej chwili patrzysz, czy ona się aby na pewno dobrze czuje. Uśmiecha się, więc chyba dobrze. I czekam, aż zacznie mówić, ale jej wzrok wskazuje, że ona też na coś czeka. Zerkam szybko na Pawła z nadzieją na jakąś podpowiedź w tych kalamburach, a on spokojnie mówi: "Pani się zapytała jak się masz.". Chryste! Co za wstyd. Ona taka miła, a ja nie odpowiedziałam. Wysyłam w jej stronę przepraszający uśmiech i mówię: "Okej, fenkju" i zadowolona z siebie czekam na dalszy rozwój sytuacji. Zauważam, że Paweł rozkłada się w swoim krześle jak w kinie, jakby też czekając na dalszy rozwój akcji, tylko że on, wydaje się, liczy na komedię...Ignoruję go i sklecam wcześniej przygotowane "Chciałabym założyć konto". I od tego momentu coraz bardziej zapadałam się pod ziemię. Jak ona sypała tymi zdaniami!! A jak ja niczego nie rozumiałam!! Jak starałam się skupić i wyłapać przynajmniej pojedyncze słowa, a miałam problemy w odróżnieniu jej łapania oddechu od rzucenia w moją stronę jakimś pytaniem...Mamo!! Przecież myślałam, że trochę umiem angielski! Miałam piątkę w liceum...i ona tak mówi, i mówi, i Paweł jej odpowiada, i odpowiada, a ja tak se siedzę, i siedzę, i staram sobie przypomnieć cokolwiek ze szkoły. Z czeluści pamięci wyłania mi się obraz tabelki czasowników nieregularnych, więc myślę: "spróbuję!". Przybieram mądry wyraz twarzy i wtrącam się do rozmowy: "Be - was/were - been. Have-had-had. Take - took - taken. Make - made - made...". No co? W końcu jak ja muszę wyłapywać słówka z jej potoku niezrozumiałych zdań, to ona też niech się wysili i dopasuje któryś z czasowników do problemu założenia konta! Musiało podziałać, bo ostatecznie dostaję broszurkę, gdzie umiem przeczytać ( umiem! ), że są w niej informacje o koncie i rady jak je obsługiwać, i jesteśmy gotowi do wyjścia. Wcale się nie czuję, jakby całą sprawę załatwił Paweł.

I tak wyglądało kilka pierwszych rozmów z Nowozelandczykami w moim przypadku. Całe szczęście zazwyczaj miałam przy sobie kogoś z Polski, kto powtarzał mi wszystko też po angielsku, ale jakoś przystępniej. Po jakimś czasie nauczyłam się tłumaczyć większość z nowozelandzkiego na angielski sama. Przynajmniej to tego stopnia, że wyłapywałam sens. W pracy, w zależności od dnia, naliczałam dziesiątki Sytuacji A lub Sytuacji B. Czasem na niezrozumiałe dla mnie zdanie odpowiadałam z całkiem poważną miną zupełnie bezsensowną wypowiedzią, tak by to rozmówca wpadł w zakłopotanie, że to na pewno on coś głupiego powiedział i czuł się jeszcze gorzej niż ja. Pewnie nawet nie zdaję sobie sprawy z tego ile razy myślałam, że wszystko skumałam, a w rzeczywistości wyszłam na palanta. Ale nikt mi o tym nie powiedział, więc jestem szczęśliwsza. I najczęściej zdarza się, że ostatecznie jakoś się dogadasz. Że spotykasz się z cierpliwością i załatwiasz swoją sprawę, ale bywa i tak, że ludzie Cię kompletnie nie słuchają. Że proste zdanie wypowiedziane przez Ciebie poprawnie brzmi dla nich jak....w ogóle dla nich nie brzmi. Powtarzasz grzecznie, używasz synonimów, bo jesteś tu tak długo, że masz troszkę bardziej rozbudowane słownictwo, czekasz na reakcję, a oni mówią: "Ee..hehe, no.." I się wtedy pytam: "Kto tu kogo nie rozumie? I czy to aby na pewno jest kwestia obcego języka? I czy to tylko w Nowej Zelandii tak jest?". Może nauczę się migowego, który tutaj poza maoryskim i angielskim jest urzędowym? Wtedy żaden dziwny akcent dla nikogo nie będzie kłopotem. A może wymówką? 









25 lut 2015

Nowozelandzka metamorfoza - to się dzieje naprawdę!



Musiałam wyjechać na drugi koniec świata, żeby wiedzieć jak się do tego bloga zabrać. I po raz kolejny ścieram kurz. Tym razem jednak nie pozwolę mu osiąść na długo. Zobaczysz!! Metamorfozę czas zacząć - START!
<fanfary>

 Nowa Zelandia – true story, bro.
PROLOG

Znasz kogoś, kto był w Nowej Zelandii?(i nie pytam o to tych moich znajomych, którzy wiedzą gdzie właśnie jestem:*). Ja nie znałam, a mam na fejsie 570 znajomych, co uważam, że nie jest mało (popularność taka wielka^^). Nie ma się jednak co dziwić, bo kraj ten jest tak daleko, że dla wielu przekroczenie jego granic jest niemal tak osiągalne jak podróżowanie po Narnii. W związku z tym, jeśli wiesz, że kręcili tu „Władcę Pierścieni” to pewnie myślisz, że to już dużo. Wyrazy uznania dla tych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że to nie tu występują kangury. A coś więcej? Pewnie niewiele. Wiedza Polaków na temat Nowej Zelandii jest na poziomie mojej wiedzy z zakresu astronomii. Niby wiem, że Słońce i takie tam i spoko. Po co mi więcej wiedzieć? Ale co jak Słońce wybuchnie? Czy wiem jak się uratować? Nie. A zawsze warto wiedzieć…bo może obiło Ci się o uczy, że Nowa Zelandia to według większości rankingów ekonomicznych najbardziej rozwinięty społecznie kraj świata? Polska może i by w jakimś tam rankingu pobiła Nową Zelandię, ale zgaduję, że nie w tym. Wnioskuję więc, że za jakiś czas kilka osób zacznie przekopywać Internet, znajdywać opinie, podziwiać zdjęcia z nadzieją na, być może, lepsze życie na drugim końcu świata. I oto nadchodzę ja! Realistka z poczuciem misji i umiejętnością obiektywnego przedstawiania faktów. Mieszkam tu krótko, bo niecały rok, ale i tak śmiem twierdzić, że jestem w stanie oddać bardziej rzeczywisty obraz Nowej Zelandii tym, którzy będą nią zainteresowani niż autorzy niejednego artykułu w sieci. Zdarzy mi się bowiem czasem natknąć np. na opis JAKŻE NIE-ZWYK-ŁEJ przygody podczas zwiedzania ZAPIERAJĄCEGO DECH W PIERSIACH krateru w Auckland i se myślę: „So ja czytam? Czy to w jakiejś innej Nowej Zelandii? A może, o matko i córko, pomyliłam kraje?!”. Ale po szybkim przeanalizowaniu sytuacji stwierdzam, że to nie ja pomyliłam państwa, tylko ludzie zwykle piszą to, co inni chcą przeczytać. „Nowa Zelandia? Łał! Och, super, łał, przygoda niezwykła, <3, omg najlepiej, zazdrość.pl!”. A licznik z lajkami na fejsie rośnie pod zdjęciem i radocha załatwiona. Bo kto przyjedzie sprawdzić jak jest w rzeczywistości? Garstka. W tym i ja przyleciałam! I nie żebym zajęła stanowisko wroga Nowej Zelandii, nie o to, nie o to. PRAWDA! Prawda nas wyzwoli, prawda jest najważniejsza! Dlatego opowiem historię prawdziwą. Nie na zasadzie „moja racja jest bardziej mojsza niż twojsza”(no może troszkę;-)) i z przymrużeniem oka, żebyś wiedziała i wiedział, że możesz mieć dystans do tego co piszę, pozwalam.
Nowa Zelandia – true story, bro.
Zapraszam! Zara będzie tekst.

P.s. Spokojnie, wiem że Słońce jutro nie wybuchnie. A nawet gdyby wybuchło to i tak się nie uratuję. Joł!

14 mar 2014

Podsumowanie.Roku.vol.3.Wreszcie

Mobilizejszyn nadejszła.

Październik

Jako że już marzec następnego roku, muszę się mocno wysilić, by coś sensownego z październikowych otchłani mojego mózgu wyciągnąć. Albo go zatem przepiłam (październik, nie mózg), albo skoczyłam do wody na główkę i wszystko zapomniałam. Skakać do wody na główkę nie nauczyłam się nigdy dotąd, więc śmiem twierdzić, że to nie ten wariant. Pierwszy nie przypadł mi do gustu, więc nawet jeśli tak było, to i tak oficjalnie muszę zwalić winę, dla potomnych, na coś innego. Stres przed listopadem i wyprawą na Filipiny. Tak! To na pewno to! Pamiętam, że w trakcie zaznajamiania się z tym, co może mnie spotkać, odnosiłam wrażenie, że moja wrodzona zdolność racjonalnego myślenia ewidentnie się popsuła. Odeszła na zawsze...<minuta ciszy>. Otóż między innymi czekało nas w moich wizjach przede wszystkim rozbicie samolotu. I to najpewniej najpierw by go porwano, potem zacząłby się palić, a następnie traciłby wysokość, aż ostatecznie opadłby na dno oceanu. Jeżeli cudem byśmy ocaleli ( a na pewno byśmy wpadli do wody na główkę i wszystko zapomnieli), prędzej czy później dopadła by nas malaria. Gorączka, wymioty, biegunki, wypadanie włosów, dreszcze...Jednak choroba wyszłaby na jaw dopiero po porwaniu nas dla okupu, bo mafia filipińska myślałaby, że jesteśmy bogaci. Tyle że oni by nie wiedzieli, że w samolocie nas już zdążyli z wszystkiego okraść. Jakby się dowiedzili, że nic nie mamy poza rozwijającą się w szalonym tempie malarią, to by nas wypuścili. Nie moglibyśmy jednak wylecieć z Filipin, bo w samolocie ukradli nam przecież i paszporty, więc przypominając sobie co my właściwie tu robimy( no bo skok na główkę...), zginęlibyśmy pod gruzami jakiegoś budynku z kartonu w wyniku najsilniejszego od wieków trzęsienia ziemi. Co mną kierowało, by jednak polecieć? Najwyraźniej uznałam, że przyda się pozostałym wyprawowiczom ktoś z proszkiem do prania w płynie.

Listopad

Jasna sprawa, nie zginęliśmy. Mój gaz łzawiący, który miałam wszędzie nosić, a nawet planowałam czasem z nim spać, leżał cały miesiąc na dnie plecaka niedotknięty. W samolocie moglibyśmy umrzeć jedynie z przejedzenia, bo catering mieli tak bogaty, że zastanawiałam się, czy nie zabrać na wynos. W gazecie arabskiej, o którą z Ola poprosiłyśmy bo co?! Bo z Europy i już arabskiego nie znamy?! Żaden Times, dawać nam tu robaczki! Pooglądałyśmy obrazki, no i mogłyśmy pakować jedzenie...Oczywiście nie wzięłyśmy - wpakowałyśmy je w siebie na siłę, bo brakłoby miejsca w plecaku na ładny kocyk w kratkę! Aha. Pragnę zaznaczyć, iż przelot tych zaledwie -naście tysięcy kilometrów, był moim pierwszym w życiu. Start i lądowanie okazały się nie być najprzyjemniejszymi momentami podróży, ale dla widoków z okna ( i jedzenia ofkors) mogłabym duuuuuuuuuuurś startowac i lądować, startować i lądować...

Lecieliśmy samolotem kilka razy, bez większych tragedii. Nawet szkoda, bo siedziałam raz przy wyjściu ewakuacyjnym i odczuwałam silną potrzebę wykazania się w razie katastrofy...jak podróż może człowieka odmienić...no ale niestety, jak na złość, żaden silnik się nie urwał. Nieszczęśliwy los miał jednak szansę się do mnie uśmiechnąć, bo nic tak wyprawy nie upiększy, jak tajfun w historii największy! Tyle że niewiele z nim mieliśmy do czynienia, bo nie dotarł do miejsc, w których w tym czasie przebywaliśmy <klops> Ale nie powiem, o śmierć się ocieraliśmy! I to dosłownie, bo zwiedzaliśmy jaskinię w Sagadzie, u wejścia do której chowano dawniej zmarłych. Zrobiliśmy sobie nawet sweet focie z trumnami, z czego właściwie jak na nie patrzę, to nie wiem czy się cieszyć. Niezbyt korzystnie wyszłam. Jakoś blado.

Całe życie przed oczami przelatywało mi w naziemnych filipińskich środkach transportu. Tamtejsi kierowcy, daję głowę, uczęszczają na kursy bycia obojętnym na wszelkie niebezpieczeństwa na drodze. Czerwone światło służyło jedynie ubarwieniu dróg, każdy chyba MUSI tam trąbić, titać, hałasować. Ludzie na drodze? - nieważne. Przepaść we mgle, a droga wąska na szerokość mojego przedpokoju - nieważne! Jak zginąć to razem! Na szczęście nie było nawet czasu, by zastanawiać czy faktycznie jestem w stanie zgodzić się na to poświęcenie dla grupy...Tyle do obejrzenia! Tu widok, tam widok, tu ludzie, tam ludzie <wiem, brzmi jak wszędzie>. A że szybko tam TRZEBA jeździć, wszystko wyłapałam wzrokiem, ale kosztem zdrowych oczu i teraz mi latajOM jak zepsutej lalce.

Jak zepsuta czułam się zresztą na Filipinach też! Bo jak można...kto chodzi z katarem po mieście przy niezmiennej temperaturze 30 stopni Celsjusza...? Katarem? ba! Z olbrzymią powodzią smarków!! A potem i kaszlem, bo nosem oddychać nie można, to se człowiek jamę ustną suszy jak z jęzorem wywalonym biega od apteki do apteki. Z tego wszystkiego potem i gorączka przychodzi i już już...i byłaby malaria. Na szczęście świadomość, że Chłopak posiada silne przeciw niej leki, pomogła mi dość szybko i także tym razem wywinęłam się śmierci....

W tym miejscu sama siebie powstrzymuję się przed pisaniem więcej i więcej...bo śmierć niechybnie spotkałaby mnie przed komputerem, od którego nie umiałabym się oderwać, albo w końcu brakło by miejsca na moje wywody w Internetach. Także szybki wniosek - oby groźba takiej śmierci, jakiej się wiecznie obawiałam, wisiała nade mną częściej. Adrenalina, pokonywanie granic, szukanie rozwiązań, płukanie zębów Spritem, podróżnicze kłótnie - jestę spakowana, siedzę i czekam <zerka niecierpliwie na zegarek>. 

Tymczasem, jak wiemy został mi jeszcze

GRUDZIEŃ

Pominę fakt, że największym minusem wyprawy, było jej zakończenie i to, że leciałyśmy do Polski z Olą same, a Kudłaty i Chłopak zostali, by lecieć jeszcze dalej...a przecież oni mieli ze sobą GOPRO i nasze zdjęcia, filmiki... wspomnienia! <głęboki szloch>. I jeszcze małe małpki tarsierki mieli zobaczyć<jeszcze głębszy szloch>. No i takie tam jeszcze szlochy, bo niewiadomo kiedy znowu całowanie i takie inne, o których nie będę pisać, bo się wstydzę, a zresztą intymności i uczuć bronić przed mediami będę zawsze! Paparazzi - no foto, plis...

Jest jednak taki bohater grudnia, o którym wspomnieć tu muszę. Nie potrafi jeszcze czytać, więc kurcze, nie będzie mógł mi podziękować za umieszczenie go w zaszczytnym, puetnującym miesiącu, ale nadejdzie ten dzień! Moim bohaterem miesiąca jest Dominik. Mały, dzielny, silny, uśmiechnięty i wytrwalszy od niejednego dorosłego. Przydzielam mu grudzień, gdyż wtedy miałam okazję zobaczyć, jak w końcu, po wielu przejściach, śmiesznie przebiera nóżkami między krzesłami, stołem, a tłumem dorosłych. Jak biega od Mamy do Taty, a ten widok dawał im tyle radości, że widząc ich miny, chciałabym, żeby Dominik nie przestawał biegać, dopóki by nie zemdlał ze zmęczenia <3 Poruszył mnie bardzo, nie będę ściemniać. I nie dlatego, że jak biegał, to nie wyhamował i we mnie wpakował. Po prostu dlatego, że jest silnym chłopczykiem. A Iwona i Paweł są silnymi rodzicami. W moich oczach cała trójka zasługuje na jakieś wyróżnienie, a jedno co mogę najmilszego zrobić, to wspomnieć o nich z miłością na moim skromnym blogu, by te kilka osób, co tu zagląda wiedziało, że czeba być twardym, a nie miętkim!

I idę sobie teraz szlochać ze wzruszenia, bom w końcu twarda jak skała.