Wstyd. Ponad miesiąc ciszy...Wielki wstyd! Ale biegałam, załatwiałam, nie spałam, chwili nie miałam, nad brakiem czasu ubolewałam. Na szczęście wszystko sobie już zorganizowałam, nad każdym zajęciem zapanowałam, nawet urlop sobie zaplanowałam!
I oto jestem z dala od miasta. Najzwyczajniej w świecie nic nie robię z obowiązku. Wszystko tu się dzieje wolniej : wolniej chodzę, wolniej wstaję z łóżka, wolnej płynie czas...staram się uznawać za nieistotne, że wolniej też ładują się strony internetowe, a telefon wolniej łapie zasięg...dostosowuję się do tempa tu panującego. Wychodzę rano na zewnątrz - do ogródka. Elegancko się prezentującego w słońcu, pełnego barw i zapachów. Na stopach czuję świeżo skoszoną trawę, jeszcze lekko wilgotną od rosy, lecz jakże orzeźwiającą ! Zauważam krzak czerwonej porzeczki. Myślę sobie "skuszę się - dobre, owoce, dobre...". Szybki rzut oka za siebie, czy aby żadne z dzieci mnie nie widzi, bo by chciało ze mną. A ja przecież dla siebie tu przyjechałam, w spokoju odpocząć, w spokoju i samotnie zjeść akurat teraz zauważone owoce!...Na szczęście nie ma nikogo, więc skradam się z uśmiechem do owoców i taaaak! Już je mam - jedna kulka, druga, trzecia...zaciskam delikatnie dłoń, by poczuć dotyk natury i nagle, zza pleców słyszę -"ej, Halina!!". Chciałam udawać, że się nie przestraszyłam, ale zgniecione w dłoni ze strachu owoce za bardzo przypominały konfitury, żeby się wyprzeć...spojrzałam kto śmiał mnie potraktować w taki sposób - aha.Widzę - Marcel - 2 lata. Na chwilę obecną mój wróg numer jeden! Czekam aż podejdzie, wtedy się zemszczę. Długo czekam, no bo przecież wszyscy tu chodzą wolniej, zwłaszcza dwuletnie dzieci, więc zdążyłam wyczyścić dłonie z konfitur. Cztery razy bym zdążyła. W końcu Marcel dotarł zdyszany i słodko mówi "ej, Halina...nie jedz tych pozecek, bo tam som kwaśne babole". Pff...myślę "nikt nie będzie mi mówił co mam robić na urlopie.". Lekceważąc tę dobrą radę, urywam szybko garść owoców i zjadam. Pyszne! By były...gdyby nie były takie kwaśne. Ale jak tu teraz się przyznać przed dwuletnim dzieckiem, któremu chciałam zrobić na złość, że miało rację ?! trudno - muszę zjeść. "Dziewczyno, bądź twarda!" Myślałam, że się uśmiechnęłam do Marcela, ale najwyraźniej się brzydko wykrzywiłam, bo Marcel uśmiechu nie odwzajemnił. Ale poczekał, cwaniak, aż połknę i dopiero wtedy wrócił do domu. Nie ufał mi. Dobrze, że jestem taka ambitna, przynajmniej ma mnie teraz za twardzielkę - przecież nie wyplułam!
Rozłożyłam się na trawie, słoneczko ładnie przygrzewało, zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie dużo słodkich żelków, żeby wymazać z pamięci kwaśne owoce. Z cudownego ogródka zaczęły się wyłaniać muszki, pszczółki, bączki i inne wstrętne robaczki, które najwyraźniej czegoś ode mnie chciały. Były nie z tego świata, bo wyjątkowo szybko się poruszały. No i koniec leżenia, czas na spontaniczny jogging. Robaki miały lepszą kondycję, długo nie dawały za wygraną. Przebiegłam chyba z 40 kilometrów. Przynajmniej byłam tak zmęczona...ale schowałam się w stodole, tu mi dały spokój. Znalazłam młode kociątka, brzydkie jak noc. Mama Kotka była trochę ładniejsza, ale zdecydowanie groźniejsza. Nie udało mi się usiąść na sianie, w którym schowała swoje pociechy. "Okej, postoję, tylko nie drap". Odczekałam chwilę i sprawdziłam czy robaki dalej czekają przed stodołą, ustawione jak rzymscy legioniści. Nie, jestem bezpieczna - przechytrzyłam owadziska!
W drodze do furtki spotkałam brata - "Michalina, zjem trochę porzeczek i zagramy w siatę, co?". Obudziła się we mnie troskliwa siostra i mówię - "Nie jedz porzeczek, bo tam są ponoć kwaśne babole.". Nie zjadł, mądrzejszy skurczybyk. Więc zagraliśmy od razu. W trakcie odbijania dwa razy wpadłam na drzewko ze śliwkami - najwyraźniej chciało grać z nami. Po chwili dotarł do nas kuzyn, było dwa na dwa - ja byłam w drużynie z drzewem. Dlatego przegrałam, bo niby tyle rąk, ale jakieś sztywne w zagrywce było...pojawił się Marcel, więc wzięłam go do siebie jako wsparcie. Zdecydowanie żywszy od drzewa i ciężko było odebrać mu piłkę. Jak tylko dostała się w jego ręce, niespodziewanie szybko uciekał z nią z boiska. Że niby taki łobuz. Świetnie, tylko że ja dalej przegrywałam, nie było czasu na zabawę !
-"Marcel, wracaj...proszę..."
-"Nie, Halina, piłka jest moja."
-"No chodź, pogramy sobie jeszcze chwilkę...proszę..."
-"Nie, Halina, ja juz nie chce glać"
-"Marcel, przegrywamy!"
-"Ty, Halina, psegrywas!"
I poszedł z tak potrzebną mi do wygrania piłką do domu. Kochane dziecko.
-"Dobra, Marek, mnie się już nie chce grać, jutro dokończymy..."
I poszłam, z tak wielką potrzebą pobycia w mieście do domu. Kochana wieś.
Jeśli interesują Cię romanse, porady, afery, polityka, kosmetyki, ciasta, fotografia, religia i wiele innych top 10 tematów świata to mój blog nie wniesie niczego nowego do Twojego życia. A jeśli wyżej wymienione Cię nie interesują, to istnieje prawdopodobieństwo, że i Tobie mój blog nie pomoże. Zapraszam! ;-)
24 lip 2011
13 cze 2011
matematyczni geniusze.
Jestem socjologiem. Wiem na przykład co to błąd ekologiczny, znam Durkheima jak starego kumpla, a teorię konfliktu według Dahrendorfa mam w małym paluszku. Wszystko świetnie. I ja teraz, dzięki tej, za przeproszeniem, teorii w głowie, powinnam być the best of the best of the best w interpretowaniu ludzkich zachowań. I jeszcze ponoć znam sposoby na rozwiązanie problemów świata - pikuś! Dlatego, uwaga - dopuszczam się bez niczyjego pozwolenia do głosu. Z taką wiedzą?! Już dawno powinnam to zrobić.
Otóż, drogie jednostki społeczne - z ostatnio przeprowadzonych badań socjologicznych jasno wynika, że interakcje, jakie zachodzą między Wami pozostawiają wiele do życzenia. Zdaniem międzynarodowych ekspertów, nie potraficie wykorzystywać potencjału Waszych mięśni twarzy i nie zdajecie sobie sprawy z istoty działania neuronów lustrzanych w Waszych mózgach. Oddziałuje na Was wiele czynników stresogennych, które implikują w Was zachowania wysoce niesprzyjające nawiązywaniu kontaktów społecznych. Ponadto, sprawiacie wrażenie jednostek o niskim poczuciu własnej wartości, nieusatysfakcjonowanych z własnego życia i co gorsza, zatrważająco intensywnie zamykających się na uczestnictwo w procesie socjalizacji !
Też jestem jednostką społeczną. I wcale nie muszę być socjologiem, żeby zauważyć, że faktycznie, uśmiechamy się do siebie rzadko. Zwłaszcza za granicą jesteśmy uznawani za "tych ponurych i marudzących Polaków". Ale pytam się - co z tego ?! Mijajmy się na ulicy i jak najdłużej unikajmy kontaktu wzrokowego. Jak już ( ale nie daj Boże! ) nasze spojrzenia się zupełnie niechcianie spotkają, to absolutnie nie okazujmy sobie żadnej życzliwości ! Tak jest przecież lepiej. Po co mam szczerzyć zęby do obcych ludzi - kiedyś ich spotkam drugi raz i co - będę się może musiała wysilić, żeby się znowu uśmiechnąć ?! Ja tam nie muszę nawiązywać z nikim kontaktu. Nie obchodzą mnie inni ludzie. Jak jakaś naiwniaczka będę myśleć, że się przez to będę lepiej czuła ? Że jakieś endorfiny, że mniej stresu...tak?
TAK ! Ja, jako Michalina, jako socjolog, jednostka społeczna, siostra, przyjaciółka, pedantka i przede wszystkim zupełnie obojętna dla wielu ludzi mijana na ulicy osoba, nakłaniam do zarażania uśmiechem ! Na świecie jest tyle dotykających ludzkość zaraz - ta jedyna przynosi same plusy, a my na własne życzenie chcemy się z niej wyleczyć ? Dlaczego nie chcemy pokonywać barier za granicą - przecież wszyscy uśmiechamy się w jednym języku - nie potrzeba do tego tłumacza. Niech w świecie widzą po naszych twarzach, że jesteśmy paradoksalnymi geniuszami matematyki. Że dzieląc uśmiech, potrafimy go mnożyć !
Amen.
Otóż, drogie jednostki społeczne - z ostatnio przeprowadzonych badań socjologicznych jasno wynika, że interakcje, jakie zachodzą między Wami pozostawiają wiele do życzenia. Zdaniem międzynarodowych ekspertów, nie potraficie wykorzystywać potencjału Waszych mięśni twarzy i nie zdajecie sobie sprawy z istoty działania neuronów lustrzanych w Waszych mózgach. Oddziałuje na Was wiele czynników stresogennych, które implikują w Was zachowania wysoce niesprzyjające nawiązywaniu kontaktów społecznych. Ponadto, sprawiacie wrażenie jednostek o niskim poczuciu własnej wartości, nieusatysfakcjonowanych z własnego życia i co gorsza, zatrważająco intensywnie zamykających się na uczestnictwo w procesie socjalizacji !
Też jestem jednostką społeczną. I wcale nie muszę być socjologiem, żeby zauważyć, że faktycznie, uśmiechamy się do siebie rzadko. Zwłaszcza za granicą jesteśmy uznawani za "tych ponurych i marudzących Polaków". Ale pytam się - co z tego ?! Mijajmy się na ulicy i jak najdłużej unikajmy kontaktu wzrokowego. Jak już ( ale nie daj Boże! ) nasze spojrzenia się zupełnie niechcianie spotkają, to absolutnie nie okazujmy sobie żadnej życzliwości ! Tak jest przecież lepiej. Po co mam szczerzyć zęby do obcych ludzi - kiedyś ich spotkam drugi raz i co - będę się może musiała wysilić, żeby się znowu uśmiechnąć ?! Ja tam nie muszę nawiązywać z nikim kontaktu. Nie obchodzą mnie inni ludzie. Jak jakaś naiwniaczka będę myśleć, że się przez to będę lepiej czuła ? Że jakieś endorfiny, że mniej stresu...tak?
TAK ! Ja, jako Michalina, jako socjolog, jednostka społeczna, siostra, przyjaciółka, pedantka i przede wszystkim zupełnie obojętna dla wielu ludzi mijana na ulicy osoba, nakłaniam do zarażania uśmiechem ! Na świecie jest tyle dotykających ludzkość zaraz - ta jedyna przynosi same plusy, a my na własne życzenie chcemy się z niej wyleczyć ? Dlaczego nie chcemy pokonywać barier za granicą - przecież wszyscy uśmiechamy się w jednym języku - nie potrzeba do tego tłumacza. Niech w świecie widzą po naszych twarzach, że jesteśmy paradoksalnymi geniuszami matematyki. Że dzieląc uśmiech, potrafimy go mnożyć !
Amen.
8 maj 2011
panika wskazana.
Kryzys twórczy przełamany! I zaznaczam, że czerwone półsłodkie nie odegrało tu żadnej roli.
Dziękuję wszystkim, którzy pomagali mi odnaleźć wenę i doszukiwali się w każdym zdaniu pomysłu na nowego posta. Szczególnie doceniam wczorajsze pomysły kolegi Świadka, których po długiej walce z samą sobą postanowiłam jednak nie wykorzystywać ;)
Okazało się, że źródłem natchnienia może być panika. Tak! I to panika o własne życie...a konkretnie o swój życiowy potencjał, który wiem, że we mnie drzemie. Czuję, że mogę zrobić coś dla świata...albo przynajmniej dla siebie. Tyle że, cholera, nie odkryłam jeszcze co! Początkowo mnie to drażniło, zazdrościłam ludziom pasji i talentów, byłam lekko sfrustrowana. Nie robiłam nic, bo uznałam, że to najwyraźniej, po prostu, nie mój czas. Myślałam, że bliżej nieokreślony talent spadnie na mnie jak grom z jasnego nieba. Dlatego często zerkałam w chmury, czy to aby nie już ? Czy jakiś zbłąkany piorun szuka mnie, żeby we mnie strzelić...ale nic. Nie było nawet dającego nadzieję maleńkiego grzmotku. Zaczynałam tracić cierpliwość. Heloooł! Ileż można czekać ? Każdego ranka zastanawiam się, czy jestem lepsza od siebie z dnia poprzedniego. I nic się nie zmieniało! Wpadłam w panikę..."Jak to? Tyle czasu i jeszcze nie jestem jakby ani trochę zdolniejsza? Jak to się mogło stać...bo to, że wiem, że pierwsza literka "o" w napisie "Google" jest koloru piasku na pustyni Wadi Rum, to się chyba nie liczy?" Serce mi waliło, ręce drżały - "I co teraz?!"
I może nie zareagowałam nagle. Nie wybiegłam z domu krzycząc " Tak! teraz wiem, jak zdobyć świat!". Ale ta panika sprawiła, że coraz częściej miałam raczej ochotę szeptać: " O rany rany, chyba coś muszę zrobić sama...". W końcu żech się kapnęła!
I taka dumna ze swojego odkrycia, postanowiłam powoli zmieniać swoje życie. Doniośle brzmi...A poważne słowa wymagają poważnych działań - decyzja zapadła - pójdę na rower !
Sytuacja straciła na swojej powadze, kiedy sobie przypomniałam, że nie mam swojego roweru...ale doszłam do wniosku, że nie ma co na początku szaleć - rower na pół z tatą to dobra alternatywa. Trochę on pojeździ, potem trochę ja...dwa okrążenia bieżni miały być moją życiową rozgrzewką. Odrobinę się bałam, że zapomniałam jak się jeździ, dlatego pozwoliłam tacie, żeby jechał pierwszy, a ja sobie popatrzyłam, jak on to robi. Próbowałam nie zauważać tych wszystkich ludzi dookoła. "Że też akurat dzisiaj i akurat teraz musieli się zlecieć ci amatorzy spędzania czynnie swojego wolnego czasu ! Te wszystkie pięciolatki ! Dzieci są okrutne. Mogą mnie bezczelnie wyśmiać. Ale najwyżej jak się tu gdzieś przewrócę, to się nie będę podnosić. Doczołgam się do domu z głową wrytą w ziemię, nikt mnie tak nie pozna." Ta myśl mnie trochę uspokoiła, więc rozłożyłam się nieopodal na zachwycająco zielonej trawie i udawałam, że bardzo nie mogę się doczekać swojej kolejki na rowerze. Chciałam się dać pochłonąć radośnie świecącemu słońcu. Raziło mnie w oczy, więc je przymknęłam. I natychmiast wyostrzył mi się zmysł słuchu. Przyjemnie było wsłuchiwać się w prośby rodziców "Kochanie, nie jeździj po trawie" albo "Dziecko, ale nie tak szybko". I może jestem zła, ale dźwięk przewracania się 4-letniej dziewczynki na twardy beton też mnie cieszył. Nawet zapragnęłam tę sytuację zobaczyć, więc się wyprostowałam. Otwarłam oczy i zdążyłam jeszcze zauważyć jak dziewczynka w różowym sweterku z desperacją na twarzy ratuje swój różowy rowerek przed zarysowaniem. Ona już leżała na bieżni, ale rowerek jakby unosił się w powietrzu! Wyglądała, jakby był wszystkim, co ma. Chciała go udźwignąć całą sobą. Takiej siły chyba nigdy więcej w swoim życiu nie doświadczy. Nie doceniałam dziecięcej determinacji.
Ten widok dodał mi odwagi. "Dawaj rower, tato!". Lekko się zachwiałam, tata chyba chwilowo we mnie zwątpił, bo krzyknął " Tylko nie po trawie, Michalina!". Puściłam to mimo uszu, ale jak usłyszałam "Nie tak szybko, dziecko!" to musiałam sobie szybko przypomnieć ile mam lat. Bo chyba nie 5, tato? Przecież się nie przewróciłam z hukiem, a Twój rower nie jest nawet różowy.
Wróciłam niesamowicie zadowolona z życia. Zrobiłam nawet trzy okrążenia, to już coś. Jestem na pewno zdolniejsza od siebie z dnia poprzedniego - nauczyłam się manewrować przerzutkami w rowerze. Uczucie paniki zniknęło. Uff-wreszcie jakaś zmiana, jakieś postanowienie. I jakaś wena. Jeszcze średnia, ale zawsze jakaś !
Dziękuję wszystkim, którzy pomagali mi odnaleźć wenę i doszukiwali się w każdym zdaniu pomysłu na nowego posta. Szczególnie doceniam wczorajsze pomysły kolegi Świadka, których po długiej walce z samą sobą postanowiłam jednak nie wykorzystywać ;)
Okazało się, że źródłem natchnienia może być panika. Tak! I to panika o własne życie...a konkretnie o swój życiowy potencjał, który wiem, że we mnie drzemie. Czuję, że mogę zrobić coś dla świata...albo przynajmniej dla siebie. Tyle że, cholera, nie odkryłam jeszcze co! Początkowo mnie to drażniło, zazdrościłam ludziom pasji i talentów, byłam lekko sfrustrowana. Nie robiłam nic, bo uznałam, że to najwyraźniej, po prostu, nie mój czas. Myślałam, że bliżej nieokreślony talent spadnie na mnie jak grom z jasnego nieba. Dlatego często zerkałam w chmury, czy to aby nie już ? Czy jakiś zbłąkany piorun szuka mnie, żeby we mnie strzelić...ale nic. Nie było nawet dającego nadzieję maleńkiego grzmotku. Zaczynałam tracić cierpliwość. Heloooł! Ileż można czekać ? Każdego ranka zastanawiam się, czy jestem lepsza od siebie z dnia poprzedniego. I nic się nie zmieniało! Wpadłam w panikę..."Jak to? Tyle czasu i jeszcze nie jestem jakby ani trochę zdolniejsza? Jak to się mogło stać...bo to, że wiem, że pierwsza literka "o" w napisie "Google" jest koloru piasku na pustyni Wadi Rum, to się chyba nie liczy?" Serce mi waliło, ręce drżały - "I co teraz?!"
I może nie zareagowałam nagle. Nie wybiegłam z domu krzycząc " Tak! teraz wiem, jak zdobyć świat!". Ale ta panika sprawiła, że coraz częściej miałam raczej ochotę szeptać: " O rany rany, chyba coś muszę zrobić sama...". W końcu żech się kapnęła!
I taka dumna ze swojego odkrycia, postanowiłam powoli zmieniać swoje życie. Doniośle brzmi...A poważne słowa wymagają poważnych działań - decyzja zapadła - pójdę na rower !
Sytuacja straciła na swojej powadze, kiedy sobie przypomniałam, że nie mam swojego roweru...ale doszłam do wniosku, że nie ma co na początku szaleć - rower na pół z tatą to dobra alternatywa. Trochę on pojeździ, potem trochę ja...dwa okrążenia bieżni miały być moją życiową rozgrzewką. Odrobinę się bałam, że zapomniałam jak się jeździ, dlatego pozwoliłam tacie, żeby jechał pierwszy, a ja sobie popatrzyłam, jak on to robi. Próbowałam nie zauważać tych wszystkich ludzi dookoła. "Że też akurat dzisiaj i akurat teraz musieli się zlecieć ci amatorzy spędzania czynnie swojego wolnego czasu ! Te wszystkie pięciolatki ! Dzieci są okrutne. Mogą mnie bezczelnie wyśmiać. Ale najwyżej jak się tu gdzieś przewrócę, to się nie będę podnosić. Doczołgam się do domu z głową wrytą w ziemię, nikt mnie tak nie pozna." Ta myśl mnie trochę uspokoiła, więc rozłożyłam się nieopodal na zachwycająco zielonej trawie i udawałam, że bardzo nie mogę się doczekać swojej kolejki na rowerze. Chciałam się dać pochłonąć radośnie świecącemu słońcu. Raziło mnie w oczy, więc je przymknęłam. I natychmiast wyostrzył mi się zmysł słuchu. Przyjemnie było wsłuchiwać się w prośby rodziców "Kochanie, nie jeździj po trawie" albo "Dziecko, ale nie tak szybko". I może jestem zła, ale dźwięk przewracania się 4-letniej dziewczynki na twardy beton też mnie cieszył. Nawet zapragnęłam tę sytuację zobaczyć, więc się wyprostowałam. Otwarłam oczy i zdążyłam jeszcze zauważyć jak dziewczynka w różowym sweterku z desperacją na twarzy ratuje swój różowy rowerek przed zarysowaniem. Ona już leżała na bieżni, ale rowerek jakby unosił się w powietrzu! Wyglądała, jakby był wszystkim, co ma. Chciała go udźwignąć całą sobą. Takiej siły chyba nigdy więcej w swoim życiu nie doświadczy. Nie doceniałam dziecięcej determinacji.
Ten widok dodał mi odwagi. "Dawaj rower, tato!". Lekko się zachwiałam, tata chyba chwilowo we mnie zwątpił, bo krzyknął " Tylko nie po trawie, Michalina!". Puściłam to mimo uszu, ale jak usłyszałam "Nie tak szybko, dziecko!" to musiałam sobie szybko przypomnieć ile mam lat. Bo chyba nie 5, tato? Przecież się nie przewróciłam z hukiem, a Twój rower nie jest nawet różowy.
Wróciłam niesamowicie zadowolona z życia. Zrobiłam nawet trzy okrążenia, to już coś. Jestem na pewno zdolniejsza od siebie z dnia poprzedniego - nauczyłam się manewrować przerzutkami w rowerze. Uczucie paniki zniknęło. Uff-wreszcie jakaś zmiana, jakieś postanowienie. I jakaś wena. Jeszcze średnia, ale zawsze jakaś !
Subskrybuj:
Posty (Atom)