5 sty 2012

bardziej.niż.mniej.

Podejście numer 34308545673913573476.

Prawie na początku grudnia była pierwsza rocznica mojego się tu uzewnętrzniania, a mamy prawie połowę stycznia, więc czas coś powoli napisać. Otóż z okazji nowego roku przyznam szczerze, że uzewnętrzniania się tu nie planowałam, natomiast systematyczność owszem. Dlatego, oczywiście z okazji nowego roku, życzę sobie, aby żaden z moich planów nigdy nie był tak źle realizowany. A rachunku sumienia czy czegoś takiego nie będzie, bo matematyki nie lubię. A jeszcze, z okazji nowego roku, pozwolę sobie zauważyć, że zmian można dokonywać i wnioski wyciągać w każdy inny dzień roku też. Nie tylko 1 stycznia. Można też nigdy niczego nie postanawiać i nie wprowadzać w życiu zmian na siłę. Bo czyż nie jest tak, że czasem wszystko samo przychodzi ? Ja se leżę - co ja pacze?! - a tu samo przyszło. Nie ? Ale na pewno można zdania pisać składne bardziej lub mniej. I można mieć do przekazania więcej lub też mniej. Może się coś komuś podobać bardziej niż mnie, a ktoś może umieć robić na drutach lepiej niż jego babcia. Ja jestem czasem bardziej od Ciebie, a Ty czasem bardziej ode mnie i od tego faceta na koniu. Czasem jest coś bez sensu. A nie ma sensu kupować kredensu...nie ? A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać ?

Lubię czasem absurd i placki zawsze.

Ruszam tym postem z postanowieniami. Wady moje - strzeżcie się! Siedzę na koniu.
(No nie mogłam się powstrzymać.)

24 lis 2011

Mandarynki.


Mandarynki są ponoć najseksowniejszymi z seksownych owoców.
Czyżby ?

Trzymam w rękach torbę podróżną, która z każdym kolejnym wyjazdem do Krakowa jest lżejsza. Nie tylko dlatego, że zawsze czegoś zapomnę. Tu chodzi o taktykę – taktykę dopychania się. A to nie jest takie łatwe! Od półtora roku jeżdżę do Krakowa regularnie, ale za każdym razem odnoszę wrażenie, że kierowca będzie rozdawał coś za darmo. Bo ludzie się pchają i pchają…autokar jeszcze nawet nie podjechał, a oni się już pchają i pchają…Ja mam zwykle rezerwację, dlatego pcham się przy krawężniku. Nie chcę za bardzo, ale może dzisiaj faktycznie jest jakiś bonus? I stoję z tą torbą i się męczę, żeby mnie nikt nie przewrócił albo co gorsza – zrzucił z krawężnika! Wtedy koniec, nie wróciłabym na swoja pozycję – nikt by nie ustąpił. I z tej złości, że ludzie mogliby być tacy nieuprzejmi, pcham się jeszcze mocniej.

Kiedyś się nie dopychałam. Liczyłam, że popłynę z tłumem, bo taka byłam ściśnięta, że nie musiałam ruszać nogami, a i tak jakoś docierałam do wejścia...i już byłam zadowolona, że się udało! Że ci ludzie mi właściwie pomogli, już chciałam dziękować ściskającym...gdy nagle przed drzwiami mnie puszczali,  sami szybko wskakiwali do autokaru, a ja nie zdążyłam podziękować. Nie zdążyłam też wejść. Trudno, podziękuję im kiedyś indziej. 

Najdziwniejsze jest jednak to, że ludzie się pchają nawet jeśli nie ma tłumu. Każdy wszedłby 3 razy do autokaru, mógłby usiąść. Ba! Rozwalić się na 4 miejscach i spokojnie zajechać. Ale nieeee – to chyba jakaś tradycja. Dwie osoby wchodzą do busa i przez 10 minut MUSZĄ się bić o wejście, bo pan kierowca pewnie nie ruszy…a potem siedzą obrażeni na końcach autokaru i ani z kim pogadać, ani paluszkami poczęstować…

Niech zatem mój przyszły towarzysz podróży się nie dziwi, że w autokarze dyszę przez pół godziny od wejścia. Uzupełniam płyny i ścieram pot z czoła. Niech się też nie dziwi, że z lekką paniką w oczach spoglądam w stronę innych pasażerów, czy czasem nie będą chcieli mnie zrzucić z mojego miejsca siedzącego! Nie dam się! Ja muszę spać, uczyć się, podziwiać widoki, pisać smsy…dużo muszę, nie dam się!

Okazuje się, że nikt nie chce mnie zrzucać. Czuję się wręcz lekceważona z moimi obawami. Zastanawiam się czy nie zaczepić dla pewności pani stojącej przy mnie – „Niech pani nawet o tym nie myśli!” – ale rezygnuję, bo emocje zaczynają opadać. ..jeszcze tylko pomacham złośliwie tym, którzy się nie zmieścili i mogę oddać się podróży.

Uczyć się czy się nie uczyć i spać ? Sekunda wahania – spać. Przyklejam głowę do szyby, torebkę wkładam do kieszeni, żeby nikt nie ukradł. Torbę podróżną też próbuje włożyć do kieszeni, ale się nie udaje, więc zostawiam ją sobie na kolanach. Dojeżdżamy do autostrady, więc droga jest jednostajna, zasypiam. Dostrzegam jeszcze kątem oka, że pan obok mnie też zasypia. Z tą jednak różnicą, że zasypia trochę głośniej…dobra, poczekam, może trafimy na dziurę, to się obudzi. Czekam i czekam, i nie śpię. No jak na złość spotkało nas cudowne zniknięcie wszelkich dziur drogowych! Tymczasem mnie zaczynają wibrować włosy od chrapania pana obok. W autokarze już nikt nie śpi, postanawiam się uczyć. Wyciągam zeszyt. Wytężam wszystkie siły. Cały mózg pracuje na to, by chrapanie mi nie przeszkadzało – jestem tylko ja i prawo autorskie! I, o matko i córko!, udało się – nie słyszę chrapania - cisza. Pełna zachwytu dla możliwości swojego mózgu jestem już pewna, że w takim razie, skoro jestem taka zdolna, nie muszę się uczyć. Chowam zeszyt.

I oto zauważam, że to nie siła mojego mózgu, tylko głód pana siedzącego obok…nie spał już dawno - je mandarynkę. Wstrząśnięta brakiem podstaw do samozachwytu obserwuję jak się nią delektuje. Jak zrzuca obraną skórkę na podłogę, jak mlaszcze i wyciera ręce do spodni. Musiałam głupio wyglądać z otwartymi ustami i zrozpaczonym wyrazem twarzy, bo chciał się podzielić. Pech jednak chciał, że mówiąc przegryzł kawałek owoca z takim przejęciem, że prysnął sokiem prosto na moją kurtkę. Dżentelmen, chciał mi dać chusteczkę. Jakaś pognieciona, jakby zużyta, ale tylko raz. Już wiem, dlaczego wcześniej używał do tego własnych spodni. „Nic nie chcę!!”. Tylko wysiąść, wysiąść…!

Niewyspana, nienauczona, brudna i przy wyjściu na nowo zgnieciona w końcu wysiadam. 

Mandarynki są ponoć najseksowniejsze z seksownych owoców.
Czyżby ?
NA PEWNO NIE!

11 lis 2011

katastrofa.

No tak. Skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że w najbliższych dniach będę miała więcej czasu ( dla niektórych - czjasu), to najwyraźniej naprawdę będę miała w najbliższych dniach więcej czasu ( dla niektórych - czjasu ). No trudno, chyba się jakoś z tym pogodzę...co prawda trzeba się będzie teraz wysypiać i regularnie, na przykład, jadać, ale kto nie da rady ? Ja nie dam rady!? Pfff...nie takie rzeczy się ze szwagrem po pijanemu robiło. No może nie ze szwagrem...i nie po pijanemu. Ale robiło!

Zaraz, zaraz...no co się na przykład robiło...? No...się jeździło. Do Będzina, do Katowic, do Mikołowa...się trochę błądziło, ale nie dłużej niż godzinę w jednym mieście, także luz, nie ?  Przynajmniej wiem, gdzie w Będzinie jest nieczynny bankomat - nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza się w życiu przyda, nie ? No właśnie...

I oto brutalna prawda - nic nie trwa wiecznie. Nie na zawsze było się potrzebnym pracownikiem, oj nie...Ale powiem Wam - na wielkie, motyla noga, szczęście ! Co się tam teraz w firmie dzieje ? - nie wiem. Jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno! Ja se w tej chwili mogę napisać notkę. Bo co ? BO LUBIĘ! Bo mam super ekstra nowy szablon bloga i wstyd mi, że jeszcze go nie udostępniłam ( w tym miejscu podziękowania dla Magdy - nawet ją lubię, spoko jest, więc niech o niej wspomnę, bez większych czułości ).

Nie wiem kto mi zapłaci za studia, ale szczerze ziewam dzisiaj w ich stronę. Dlaczego? Bo miałam czas na rewelacyjną poranną kawę i długo odkładane zdjęcia. Przeciągałam się na balkonie w słońcu, nie robiłam nic! A potem o tym napisałam! To jest przecież takie fajne! Zawsze też mogę się trochę wysilić i samochód będę najwyżej pchać - wcale nie muszę płacić za paliwo, będę miała lepsza kondycję. Telefonu też nie będę używać , jak mi zablokują - mam dobrych znajomych - sami będą dzwonić.

Nie ma tego złego ! Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Jutro będzie dobry dzień...ktoś zna jeszcze jakieś pozytywne przysłowia ? Im więcej tym lepiej. Bo sobie jeszcze rano muszę je powtarzać przed lustrem. Rano ? No dobra, poniosło mnie...po prostu jak wstanę z łóżka. I w ogóle cały ten tekst. Na pamięć się uczę. Ale przecież zawsze może być gorzej - tsunami, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów - no na to, to przygotowana nie jestem.

;)